Historia
Ze źródeł archeologicznych wynika, że dość gęste osadnictwo w rejonie Skąpego istniało już w okresie wczesnodziejowym, a także we wczesnym średniowieczu. Klasztor cysterek w Trzebnicy, który w roku 1223 otrzymał z nadania Henryka Brodatego duży areał ziemi, leżący na południe od Świebodzina, połączył luźno rozrzucone gospodarstwa rolne w zwartą wieś, założoną na planie owalnicy. Nazwę nadano jej prawdopodobnie od najokazalszego gospodarstwa będącego w posiadaniu potomków wcześniejszego właściciela – Skąpa. Miejscowość była we władaniu klasztoru do 1810 roku, kiedy przejęło ja państwo pruskie. Skąpe należało do większych wsi w dobrach klasztoru. W 1853 roku liczyło 520 mieszkańców, należały do niej trzy młyny zbożowe i dwa papiernicze. Kościół istniał od XIII wieku, zapewne drewniany, na miejscu którego wzniesiony został w 2 połowie XIX wieku obecny. Dawny plan owalnicowy z XIII wieku zachował się dobrze, tylko plac wiejski, niegdyś wspólna własność wszystkich mieszkańców, został zabudowany. Zabudowa wsi pochodzi z przełomu XIX-XX wieku.

Zabytki i pomniki przyrody 
Kościół - Na dużym placu stoi kościół parafialny z 2 połowy XIX wieku, wzniesiony na miejscu starszego. Ogrodzony drewnianym płotem sztachetowym. Wysmukła bryła jednonawowego kościoła zamknięta jest dwuspadowym dachem krytym ceramiczną dachówką karpiówką. Od wschodu prezbiterium zamknięte trójbocznie. Po bokach niższe bryły krucht, których dachy pokryte są blachą. Elewacje ceglane wieńczy gzyms kostkowy, w prezbiterium arkadkowy. W elewacjach podłużnych dwa poziomy okien, niższe okna biforyjne, wyższe ostrołukowe w uskokowych ościeżach. Od zachodu wieża zakończona szczytami i 8-mioboczną iglicą. W elewacji ostrołukowe wejście umieszczone w ostrołukowym portalu.


źródło: www.ziemialubuska.pl

SKĄPE /SKAMPE/

Wieś gminna położona w powiecie świebodzińskim. Po raz pierwszy wzmiankowana w 1223 roku, kiedy książę Henryk Brodaty przekazał wieś cysterkom z Trzebnicy. W 1810 roku sekularyzacja dóbr kościelnych i ich przejęcie przez państwo pruskie. We wsi willa Dr Pfeiffer z lat 20-tych.

Skąpe-willa

skape-1896-lubuskie

 

 

 

 

 

 

źródło: http://zamkilubuskie.pl/skape-skampe/

A Szybalina żal

Posted by Włodek Kuliński - Wirtualna Polonia w dniu 2015-08-29

Na łamach „Gazety Lubuskiej” czytam „Wasze Kresy”. Jestem pod wrażeniem tego cyklu. Ludzie stają się strażnikami historii. Odżywają wspomnienia bardzo smutne, drastyczne i nostalgia za Kresami. Dołączę do tych opowieści – pisze Cecylia Sik z Ciborza.

Lata 30. Kurs kroju i szycia w Szybalinie. Pierwsza z lewej sierdzi Maria Szynklarz, siostra pani Cecylii

Lata 30. Kurs kroju i szycia w Szybalinie. Pierwsza z lewej sierdzi Maria Szynklarz, siostra pani Cecylii

 Jako dziecko razem z rodzicami pożegnałam Kresy – wieś Szybalin, powiat Brzeżany, województwo tarnopolskie. Miałam siedem lat, był koniec maja 1945. Kwitły drzewa owocowe w naszym sadzie, a były to odmiany nietuzinkowe. Wysiedlenie i rozpacz rodziców pamiętam do dziś. Spakowani czekaliśmy na transport kilka tygodni. W tym czasie do naszego domu przywieziono Ukraińców, przesiedleńców z Podkarpacia. Na jednej kuchni potrawy gotowały moja mama i Ukrainka, zgadzały się, zaprzyjaźniły.Rodzina ta była zadowolona z naszego gospodarstwa, jednego z lepszych we wsi.

 

Z lewej Maria Szynklarz. W środku kolega Michał, zamordowany później przez banderowcówZ lewej Maria Szynklarz. W środku kolega Michał, zamordowany później przez banderowców (fot. archiwum rodzinne)

Przyszedł czas wyjazdu. Do punktu zbiorczego można było zabrać określoną ilość żywności, rzeczy osobistych, inwentarza. Przy stacji kolejowej zostawiliśmy krowę i konia, to samo zrobili pozostali repatrianci. Ludzie płakali, rozpacz była ogromna. Najbardziej utkwił mi widok mojego ojca, jak uderzał głową w dom, tak się z nim żegnał. Było to pożegnanie z całym dorobkiem. Ojciec był uczestnikiem I wojny światowej. Wrócił na zgliszcza, mieszkał w szałasie, wybudował dom, budynki gospodarcze. W tamtych latach wioski powstawały na zasadzie pomocy sąsiedzkiej, nie było podziałów. Tworzyły się rodziny polsko-ukraińskie. Pamiętam domy – polski, obok ukraiński, i tak na przemian.

 

Lata 40. Anastazja i Józef Szynklarzowie, rodzice pani CecyliiLata 40. Anastazja i Józef Szynklarzowie, rodzice pani Cecylii (fot. archiwum rodzinne)

Z kryjówki do kryjówki

Szybalin leży nad rzeką Cyniówką. Wioska była duża, w niej szkoła, uczęszczałam do pierwszej klasy. Latem szłam pieszo, zimą mama niosła mnie na plecach, okryta miękką wełnianą chustą w kratę. Był posterunek, ochotnicza straż, dom ludowy, jeszcze niewykończony. Koło gospodyń prężnie działało, mama i siostra uczestniczyły w kursach kroju i szycia, gotowania. W szkole uczyła nas Rosjanka w mundurze wojskowym. Język polski był tylko jedną godziną lekcyjną.

W latach 1944-45 przeżyliśmy horror. Banderowcy pod osłoną nocy napadali na wsie, palili domostwa, mordowali Polaków. Niemowlaki rozrywano na pół, kobietom ciężarnym rozcinano brzuchy, odcinano piersi, mężczyznom na plecach nożem ryto „Lachy”. Kryliśmy się na noc, ja na strychu dostawałam spazmów. Ojciec zrobił w obejściu dwie kryjówki: jedną w zaspie śniegu, drugą w szopie w słomie – tunel. Siedzimy w nocy, jadą banderowcy, szopa była przy drodze, wystarczyło podpalić i byśmy się udusili. Ale lepsze to niż tortury. Słyszeliśmy ich rozmowy, co kiedy i gdzie napadną. W tym czasie miałam atak kaszlu. Pomyślałam: koniec, po nas, usłyszą i podpalą. Mama zdjęła chustę z głowy i włożyła mi do ust. Dusiłam się, oczy wychodziły na wierzch.

Pamiętam napad na naszą wieś zimą 1944. Mama przez okno zobaczyła, że płonie wioska po drugiej stronie rzeki. Ja już spałam, więc zawinęła mnie w koc, na nogi włożyła oficerki ojca i uciekłyśmy do zaprzyjaźnionej Ukrainki. Przyjęła nas i razem ze swoimi dziećmi ukryła w zejściu do piwnicy przy piecu kuchennym. Na tym zejściu stał kosz z drewnem, leżały stare szmaty i śmieci. Rano była groza, psy ujadały, pół wioski spalono. I nagle pukanie do okna. To był uciekinier, kolega ojca, przed banderowcami ukrył się w rzece, przeczekał tak kilka godzin, potem czołgał się po łące, aż dotarł do Ukrainki. Opowiadał, co tam się działo. Żonę, mamę i córkę ciężarną ukrył w stogu siana, przeżyły.

Po tym wieczorze zorganizowano warty, milicja i gospodarze pilnowali wsi. Nic to nie dało. Następnej nocy napadli na posterunek. Zginął mój kuzyn, rażony granatem. Koledze odcięli nogi i ręce, wykrwawił się. Ojciec starszą siostrę i mnie wywiózł do Brzeżan, do zaprzyjaźnionej pani. W miastach banderowcy nie grasowali, ale było inne zagrożenie. Sowieci przeczesywali mieszkania, gwałcili kobiety i dziewczyny. Siostra miała 22 lata, ja sześć. Naszą kryjówką było łóżko na wysokich nogach, okryte kocem i prześcieradłem doziemi. Myśmy pod nim leżały. Było jeszcze zastawione ogromnym fotelem, na którym siadywała bardzo, bardzo stara babcia. Wywieziono nas także dlatego, że ja bardzo się rozchorowałam. Wezwano niemieckiego lekarza, ponacinał wrzody na moim ciele, zdezynfekował i kazał robić okłady z cebuli i szarego mydła. Pomogło, ale blizny były bardzo widoczne przez długie lata.

Niedługo wrócimy…

Wyjazd na ziemie odzyskane nastąpił wiosną 1945, trwał kilka tygodni. Z podróży można by nakręcić film jak „Sami swoi”. Załadowano nas do wagonów towarowych, po kilka rodzin z niewielkim dobytkiem. W kącie stały dwie kozy, żywicielki wdowy i jej dziecka. Ja też dostawałam kubek mleka. Podróż była smutna, uciążliwa, ale zdarzały się sytuacje humorystyczne. Pociąg często stawał w szczerym polu. Maszynista mówił: „Brak paliwa”. Gdy mężczyźni zrobili zbiórkę do kapelusza, poczęstowali bimbrem, to jechał dalej. W czasie postoju biedni repatrianci układali cegły, rozpalali ogień i grzali jakąś strawę. Maszynista był czujny i jak nie dostał bimbru, to ruszał bez ostrzeżenia. Tak została kobieta z kozami, które wyprowadziła na popas. Co przeżyła, strach myśleć. Szła wzdłuż torów i dogoniła nas, gdy staliśmy w Katowicach. Wróciła do naszego wagonu i do córki.
Na jednej ze stacji przeładowano nas do wagonów odkrytych. Przyszła burza, ulewa, grad wielkości gołębich jajek. Mama włożyła mi za głowę metalową miskę, trzymałam ją rękoma, grad obijał palce. I tak jechaliśmy na Zachód. W odwrotnym kierunku ciągnęły wagony wyładowane zdobycznym majątkiem, zrabowanym przez Sowietów. A repatrianci bimber w rękę i dalej na handel. Wymieniano żywność, odzież, meble.

Dotarliśmy do Świebodzina, rozładowani, na bocznicy czekaliśmy na przydział osiedlenia. Do Skąpego nasztransport zwozili wcześniejsi osadnicy. Ojciec wybrał piękny dom, wiele gospodarstw stało pustych, Niemcy z małym bagażem wyjeżdżali ze wsi. Ruscy zajmowali większą część tego domu, my tylko dwa małe pokoje i kuchnię. Piwnica i strych były zamknięte, pilnował wartownik. Po miesiącu z tych pomieszczeń wywieźli coś czterema wielkimi samochodami. Z całego Skąpego zwozili i dalej na Wschód. Pędzili też stada krów, które kobiety ze wsi musiały doić. Moim rodzicom trudno było się rozpakować, bo myśleli, że za miesiąc lub rok wrócą na Kresy.

Proboszcz Piotr Janik

W naszym transporcie jechał ksiądz Piotr Janik, który był proboszczem w Szybalinie. Kościół powstał tam z inicjatywy mojego ojca, który był też budowniczym, zwoził materiały, kwestował z młodzieżą polską, kolędował z ludźmi od domu do domu, zbierając datki. W latach 40. świątynię oddano do użytku, chodziłam tam na religię, sypałam kwiatki na Boże Ciało. Po wysiedleniu nas Rosjanie zrobili w kościele magazyn zbożowy.

Ksiądz Janik z kościoła w Szybalinie zabrał obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który wisi dziś w kościele Michała Archanioła w Świebodzinie. Był pierwszym polskim księdzem w Świebodzinie we wrześniu 1945. W czerwcu 1946 został dziekanem dekanatu świebodzińskiego, byłam na tych uroczystościach. Ksiądz Janik chrzcił mnie i udzielał Pierwszej Komunii Świętej. Studiował na wydziale teologicznym we Lwowie, został magistrem, egzaminy zdał celująco. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1932 roku we Lwowie. Uczył w szkołach powszechnych w Brzeżanach i okolicy. W czasie wojny brał udział w tajnym nauczaniu, ucząc matematyki, łaciny, niemieckiego. Do Szybalina dojeżdżał 14 km, by uczyć religii i polskiego.
Podczas posługi w Świebodzinie uczył religii w gimnazjum i liceum, sprawował opiekę kapłańską w szpitalu i sanatorium rehabilitacyjno-ortopedycznym. W roku 1973 został kanonikiem gremialnym Gorzowskiej Kapituły Katedralnej. Nie zdążył przejść na emeryturę, zmarł w marcu 1978.

Ach, te łąki ukwiecone

Tęsknię za Kresami. Ziemia tarnopolska to jak poezja. Spokojna, urokliwa wieś Szybalin, przez którą przepływała Cyniówka, rzeka czysta, pełna ryb, leniwa, ale też burzliwa, często wylewała. Łąki przy niej ukwiecone. Kobiety, po kolana w wodzie, prały bieliznę. Na łąkach wybielały się płótna moczone w rzece. Płótna były tkane na warsztatach, które zimą stały w każdym domu.

Autor: Cecylia Sik, z Ciborza, Czytelniczka „Gazety Lubuskiej”

http://www.gazetalubuska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=%2F20130614%2FREPORTAZ%2F130539936#block2

źródło: http://plus.gazetalubuska.pl/nasza-historia/a/8-listopada-bedziem-pamietali-szybalin-rok-1944,11533750


8 listopada będziem pamiętali. Szybalin, rok 1944

  

Odwracam głowę: w naszą stronę biegną szare sylwetki – jest ich wiele. Rozdzierający krzyk Mamy i niemal jednocześnie tuż za naszymi plecami ogłuszający huk karabinowego wystrzału...

 

Kup prenumeratę cyfrową Gazety Lubuskiej Plus

 

Teraz, gdy z perspektywy tak wielu minionych lat spisuję te wczesnochłopięce wspomnienia, wydaje mi się, że tamto doznane uczucie opuszczenia, osamotnienia, z domieszką poczucia krzywdy i żalu, będzie wracało do mnie melancholijnym echem przez całe życie. To wtedy – mam takie przeświadczenie – w tę banderowską noc 8 listopada, gdy wyrwany przez Mamę z chłopięcego snu, słuchając jej struchlałej modlitwy o ocalenie, potem ogarniając lękliwym i zdziwionym spojrzeniem rudawe płomienie podpalonego domu rodzinnego, pamiętając rozdzierający w śmiertelnej ucieczce w błotnistą ciemność jej krzyk sprzęgnięty z ogłuszającym trzaskiem dwukrotnego wystrzału i świdrującego powietrze przelotu kul obok naszych głów oraz mając zapisany głęboko w podświadomości następny dzień, 9 listopada 1944 roku – dzień trwogi i wielkiego smutku śmiertelnie zranionej polskiej społeczności Szybalina – wtedy nakreślone zostały ścieżki naszego polsko-szybalińskiego przeznaczenia. Straciliśmy na zawsze dom rodzinny, Ojczyznę. Oczekiwało nas – o czym jeszcze nie wiedzieliśmy – wygnanie.

Było po wykopkach

W ogrodzie Rozalii Kurdyjagi z domu Prus, mojej stryjecznej babci, mieścił się tzw. sklep – rodzaj piwnicy ziemnej, wbudowanej w pochyłość stoku tego ogrodu. Dobrze pamiętam: w tym sklepie, częściowo obok, w nieładzie leżały świeżo wykopane ziemniaki, przykryte łętami. Gleba żyzna, czarnoziemna. Naszą chatynkę ojciec ogacił otuliną z pszennej słomy, tzw. zagatą. W tamtych okolicach i tamtych czasach dość powszechny sposób sezonowego ocieplenia wiejskich chat przed zimą.

Szybalin

Duża galicyjska wieś, malowniczo rozłożona po obu brzegach niewielkiej rzeki Ceniówki (lewy dopływ Złotej Lipy), na trakcie wiodącym z Brzeżan przez Kozowę do Tarnopola. Moja wieś rodzinna. Strasznie ucierpiała w roku 1916, znalazła się wtedy na jednym z głównych kierunków wielkiej ofensywy armii carskiej, prowadzonej przez generała Aleksieja Brusiłowa przeciwko armii austriacko-węgierskiej. Linia frontu zatrzymała się wzdłuż rzeki i jej doliny, dzieląc Szybalin na strefę rosyjską – na wschód od Kozowy i Tarnopola, i austriacką – na zachód w kierunku Brzeżan i Lwowa. Ludność w całości ewakuowano.

Powracający w 1917 i 1918 roku szybalinianie zastali prawdziwy kraj-obraz po bitwie. Według ich opowiadań (m.in. mojej śp. Mamy), teren wsi po obu stronach rzeczki był zryty transzejami, zasiekami, pokryty niewybuchami. Zachował się tylko jeden dom. Ucierpiały silnie też od artyleryjskiego ognia rosyjskich baterii pobliskie Brzeżany.

Nie wszyscy jednak wracali. Bardzo wielu jako żołnierze Austrii poległo (m.in. mój dziadek Antoni Prus – na froncie alpejskim)... Zapanowała nieopisana nędza, pogłębiona dodatkowo wojną polsko-ukraińską (1918) i wielką epidemią tyfusu, którego ofiarą padło tysiące obywateli Brzeżańszczyzny (także moja babka po linii Mamy – Prakseda Sidorowicz). Dopiero dopełniająca zniszczenia, kolejna wojna – polsko-bolszewicka (1920), zwycięska – sprawiła, że do Brzeżan i Szybalina wróciła nasza Najjaśniejsza, wymarzona pokoleniami, wycierpiana, wywalczona i wymodlona Wolna Polska.

Polska powstawała z popiołów. Pomimo skrajnie trudnych ekonomicznych, ciężkich uwarunkowań politycznych, narodowe marzenie o wielkości i gorączkowe próby odnalezienia jej utraconego przed wiekami wątku przebijały się z uporem przez te trudności i na przekór im zaczęły nabierać realnych kształtów: rodziła się z niczego Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy, rozpoczynał się rozkwit literatury (Władysław Reymont), muzyki (Karol Szymanowski), pierwsze znaczne sukcesy sportowe (Janusz Kusociński), nauki ścisłe, w tym matematyczne (Stefan Banach)... Była armia...

TO zaczęło się...

... około godziny 20. W zalegający w ciemnościach listopadowy wieczór. W położonej po wschodniej stronie Ceniówki części Szybalina, zamieszkanej przez polskie rodziny. Według Anastazji Krych był 24 października, w pamięci szybaliniaków utrwaliła się data 8 listopada 1944 roku.

Miałem niespełna 7 lat

Dobrze pamiętam: Mama budzi mnie z głębokiego snu, stawia na stole. Zasypiam na stojąco. Mama potrząsa mną, pospiesznie ubiera, owija w dużą kraciastą chustę. Drżącym z trwogi półszeptem modli się: „Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko…”. Wybudzam się. Ojca nie ma: był na warcie na posterunku w domu rodziny Adamów, która strasznie ucierpiała tej nocy. Mama nie może podjąć decyzji. Nasza izdebka cała rozświetlona falującym od dwóch niewielkich okien czerwonawym blaskiem. Za oknem od podwórka przemknęły pojedyncze cienie. Ostry, rozkazujący krzyk: „Kidaj granatu pid czerwonu dachiwku!”. Nasza chatka pokryta jest czerwoną dachówką. Potężny huk przed wejściowymi drzwiami. Mama strwożona i drżąca decyduje się. Owiniętego w chustę usadawia mnie na swoich plecach. Wchodzimy do maleńkiej sieni. Mama otwiera drzwi. Na głowy sypie się nam zaprawa murarska i skruszony gruz z nadwyrężonej futryny. Z wysokości maminych pleców widzę z lewej strony podwórka płonący wysokim i trzaskającym płomieniem stóg słomy. Na prawo, wzdłuż muru naszej chatki, rdzawym ogniem pali się i dymi słomiana zagata. Nisko suną chmury, widoczne od oświetlającego je pożaru, pada mżawka. Patrzę na to z mieszaniną lęku i jakiejś trwożnej chłopięcej ciekawości. Mama podrzutem „poprawia” mnie, bym się nie osunął. Skręcamy w prawo, wzdłuż płonącej zagaty, w kierunku ogrodu Kurdyjagów. Otwarta furtka... Tuż za węgłem przed nami ciemna męska postać. Widzę ją oko w oko z wysokości maminych pleców.

Odruchowo skręcamy w lewo, w ciemność

„Stij!”. Odwracam głowę: zboczem, na ukos, w naszą stronę biegną szare sylwetki – jest ich wiele. Rozdzierający w śmiertelnym przerażeniu krzyk Mamy i niemal jednocześnie tuż za naszymi plecami ogłuszający huk karabinowego wystrzału – raz, drugi. Razem z hukiem bardzo wyraźny, wyróżniający się śmiertelną wibracją, ostry świst kul – jednej i drugiej, tuż przy naszych głowach. Biegniemy w dół, błotnistym zboczem. Przywieram co sił do matczynych pleców. Staczamy się po śliskiej od mżawki glebie do wejścia wspomnianego już ziemnego sklepu Kurdyjagów. Kucamy. Chwilka i przed nami, na wyciągnięcie ręki, przebiegają ciemne postacie. Wracają. „Tu sczezła, tu sczezła”. Szukają. Jest błotnisto. Grząsko. Mży. Znikają. Ciemność i cisza.

Mimo grozy sytuacji – pamiętam to dobrze – czułem się bezpieczny, ciągle na plecach Mamy. Tylko to jej rozdygotane ciało. W trudnej, kucznej pozycji Mama co chwila podrzutem „poprawia” mnie, bym nie spadł. Przywarłem mocno do niej i... zasnąłem. Tak około 20 minut. Mama ostrożnie podnosi się, budzę się – ciągle na jej plecach. Biegniemy do Kurdyjagów. Widzę babcię Rozalię. Cicha i trwożna wymiana zdań. Babcia bierze mnie na ręce i oddaje, także struchlałej z przerażenia, swojej córce, ciotce Katarzynie Zamojskiej. Do Mamy mówi: „Dońciu, ja za was już odmówiłam Anioł Pański”. Widziała z okna swojego domu naszą dramatyczną ucieczkę, widziała oddane do nas przez banderowca z najbliższej odległości strzały i była przekonana, że przy wejściu jej ogrodowego, ziemnego sklepu zostaliśmy zamordowani. Ciotka Katarzyna umieszcza mnie natychmiast w gliniastej piwnicy swojego mieszkania. To rodzaj schronu domowego. Są tam już Hania i Michał Szumowie, nieco starsi, moi kuzyni, dzieci drugiej córki Rozalii – Marii.

Ale dramat się nie skończył

W opuszczonym domu została w kołysce półtoraroczna siostra Bronisława... Dalszy ciąg zdarzeń znam od Mamy. Babcia Rozalia, nasza wybawicielka, pyta: „A gdzie dziecko? Idź po dziecko, idź po dziecko”. I dosłownie ciągnie struchlałą, przerażoną Mamę do objętego tłumionym ogniem tlącej się zagaty naszego domku. W śmiertelnym strachu zatrzymują się przed wejściowymi, nadwerężonymi wybuchem drzwiami. Są przymknięte. Uciekając, zostawiliśmy je otworem. Może we wnętrzu czai się banderowiec? Mama przełamuje strach. Otwiera i wchodzi. Mieszkanie wypełnione gryzącym dymem. Słyszy krztuszącą się od dymu siostrę. Widzi, że leży odkryta na stole. A więc byli! Wydobyli z kołyski i tak pozostawili. Może sprawdzali, czy to chłopiec? Nie – dziewczynka, więc oszczędzili. Mama zawija ją w poduszkę i przekazuje babci Rozalii. Jest ocalona.

Wnętrze domku wypełnia się gryzącym dymem. Ale na niewielkim strychu są nasze zimowe zapasy: nieco mąki, trochę pszenicy, prosa, gryczanej kaszy. Bez nich nie przetrwamy zimy. Mama wchodzi do niewielkiej spiżarni i po drabince wspina się na ten stryszek. Cały zapas po omacku zrzuca na glinianą polepę spiżarni. W duszącym dymie traci orientację. W ciemności omackiem szuka zejścia. Trafia na nie przypadkiem i całym bezwładem ciała spada. Ciężko rani głowę, ale ratuje swoje życie i... zapasy. Posłużyły nam na przetrwanie zimy w Brzeżanach i w czasie naszego exodusu na Zachód. Do końca swoich dni nosiła dużą zabliźnioną szramę powyżej skroni – na szczęście, mało widoczną.

Ukryci w piwnicznym schronie z Hanią i Michałem Szumami pozostajemy w całkowitej ciemni, przykryci drewnianą przykrywą. Jest trochę słomy. Przytulamy się do siebie i zasypiamy. Budzimy się. Przez niewielką szparę przykrycia przebija światło dnia. Chce nam się sikać. Sikamy na polepę. Płaczemy. Ktoś wreszcie podnosi pokrywę. Ciotka Maria. Wychodzimy. Jest biały dzień. Po niebie mkną białoszare obłoki. Jest chłodno. 9 listopada. Ciotka prowadzi naszą trójkę do swojego domu, położonego niżej, za gliniastą drogą, u podnóża stoku. Na drodze gromada ludzi, głównie kobiety. Słyszę lamenty, ożywione rozmowy. Widzę Mamę z siostrą na ręku. Ucieszyłem się, ale ciotka Maria każe iść dalej. Mama na czole ma okropną ranę, ogromny opuchnięty krwiak. Na twarzy – to dostrzegłem i zapamiętałem - niezagasłe jeszcze przerażenie. Daje mi ręką znak, bym podążał za ciotką. Przejmuje nas babcia Rozalia i prowadzi do obszernej kuchni. Daje jedzenie: gęstą kaszę jaglaną. Każe tu pozostać, nie wychodzić. Mówi, że jest wielkie nieszczęście. Są pozabijani – tak to określa. Wymienia parę nazwisk.

Tomasz Prus, syn pana Franciszka, przed rodzinnym gospodarstwem swoich dziadków (na zdjęciu z mieszkającą tam Ukrainką). Z domu z czerwoną dachówką 8Tomasz Prus, syn pana Franciszka, przed rodzinnym gospodarstwem swoich dziadków (na zdjęciu z mieszkającą tam Ukrainką). Z domu z czerwoną dachówką 8 listopada 1944 roku uciekał na plecach swojej mamy siedmioletni Franciszek

Udziela się nam nastrój...

... dziecięcego przygnębienia. Znamy te nazwiska. Hania pochlipuje. Jest nam zimno, szczególnie mnie: nie mam bucików. Oni mają. Podłoga gliniana (to powszechne), zimna. Chusta, w którą byłem owinięty, gdzieś się zapodziała. Mam tylko spodenki i jakąś płócienną koszulkę. Podnoszę nogi na drewnianą ławę i siadam zwinięty w przykucku, by mi było cieplej... Nagle na zewnątrz domu, tuż za oknem, rozdzierający lament. To rozpaczają ciotki Maria, Katarzyna i babcia Rozalia. Nie żyją Anna Ruchlewicz i jej 19-letnia córka Stefania. Zaczadzone i na wpół zwęglone w ruinach ich doszczętnie spalonego gospodarstwa. Anna to trzecia córka babci Rozalii. Hania i Michał wpadają w niepohamowany szloch i wybiegają z kuchni. Zostaję sam, pochlipuję. To także moje krewne. Też wybiegam. Wyżej, na błotnistej drodze, powiększona liczebnie grupka w dalszym ciągu bardzo ożywionych osób; widzę 15-letnią Stefcię Adamów. Ucieszyłem się, bo babcia Rozalia wymieniała ją wśród zamordowanych. Raptem mignęła mi sylwetka ojca. Serce zabiło. Jest, żyje, na pewno za moment przyjdzie po mnie. Rozczarowanie. Nie przyszedł, nie uścisnął, widocznie zadowolił się informacją, że ocalałem. Myślę teraz, że może to dobrze, iż w te dramatyczne dla nas chwile nie było go z nami. Podjąłby na pewno jakieś działanie obronne, co skończyłoby się tylko wymordowaniem całej rodziny. Wiem, że zajął się organizacją pogrzebu zabitych. Poczułem dojmującą tęsknotę. Z powodu zimna wróciłem na drewnianą ławę nieogrzanej kuchni ciotki Marii. Powtórnie skulony w przykucku pochlipywałem z powodu opuszczenia i ciągnących się bez końca zimnych godzin samotności.

W te tragiczne dnie...

... po napadzie zaczęła powstawać wśród nas, szybaliniaków, krwawo i zdradziecko skrzywdzonych, zapowiadająca pomstę ballada: „Ósmy listopada będziem pamiętali, jak na nasz Szybalin bandery napadli...”. Niestety, nigdy niedokończona.  Po tym podstępnym i krwawym napadzie większość polskich rodzin Szybalina w bardzo krótkim czasie ewakuowała się do pobliskich Brzeżan. My również. Stąd, a ściśle ze stacji Potutory, z końcem maja 1945 roku zestawem towarowym, z bardzo wydzielonym dobytkiem i ciężkim bagażem traumatycznych przeżyć i narastającej już nostalgii, wśród różnorodnych przygód wygnańczej „podróży”, przez Gliwice, Poznań – wszyscy znaleźliśmy się na rampie kolejowej stacji Świebodzin. A następnie w Skąpem. Nie zdając sobie jeszcze sprawy, że – jak rozbitkowie – dotarliśmy na stały brzeg naszej drugiej Ojczyzny – Ziemię Lubuską (wówczas administracyjna część województwa poznańskiego) – wyrzuceni tu przez tsunami niewyobrażalnej katastrofy geopolitycznej, jaką była II wojna światowa, i morderczy, ludobójczy szał banderowskiego nacjonalizmu. Był czerwiec 1945 r.

PS Strzelającego do nas banderowca Mama poznała. Tę mroczną wiedzę trzymała jednak w tajemnicy do czasu naszego smutnego exodusu – w obawie, by ojciec nie szukał niebezpiecznej zemsty. W 1978 roku, w dniu, w którym jedyny raz wspólnie z ojcem odwiedziłem rodzinny Szybalin, dziwnym zbiegiem zdarzeń odbywał się w tamtejszej cerkwi pogrzeb tego człowieka. Jakby sam czas dokonywał wyrównania rachunków.

 

 

KOŚCIÓŁ MATKI BOSKIEJ W SZYBALINIE

Wioska Szybalin w pobliżu Brzeżan, dawne województwo Tarnopolskie. Przejeżdżałem przez tą miejscowość kilka razy i zawsze mnie ciekawiła – malowniczo położona, z kościołem na wzgórzu. W tym roku postanowiłem zatrzymać się i obejrzeć kościół z bliska – serce się kraje…

IMGP5888

 

 

mapa

Budowę kościoła dla blisko 500 rzymskokatolickich mieszkańców, z inicjatywy księdza z Brzeżan Bronisława Limanowskiego rozpoczęto 21  kwietnia/czerwca/sierpnia (w zależności od źródeł) 1925 roku. Tego dnia wmurowano kamień węgielny pod budowę świątyni, wystąpiła też wojskowa orkiestra, śpiewano pieśni religijne i patriotyczne… Środki na budowę przekazali „lokalni szlachcice” (wg tego źródłaJakub Potocki – dostarczył drewno, a Stanisław Wiśniewski – dachówkę. Główny ołtarz wykonał Jan Wojtowicz z Przemyśla (lub z Przemyślan – źródła podają różne wersje). Kościół poświęcono i otwarto 30 września 1928 roku. Proboszczem był ksiądz Piotr Janik.  W 1932 roku zbudowano budynki gospodarcze i plebanię, zaprojektowane przez architekta z Brzeżan Jana Hartmana. Co prawda budynek, który obecnie znajduje się obok kościoła przypomina plebanię, lecz możliwe, że został całkowicie przebudowany. Zaraz przed rozpoczęciem wojny (1939) wstawiono boczny ołtarz św. Franciszka z Asyżu. Świątynia działała do 1945 roku. W czasach sowieckich spełniała funkcję magazynu zbożowego. Kościół jest obecnie porzucony, z powybijanymi szybami… Środkowa wieżyczka długo nie wytrzyma.

Widok na Szybalin - lato 2009.Widok na Szybalin – lato 2009.Widok na Szybalin - lato 2009.Widok na Szybalin - lato 2009.

Widok na Szybalin - lato 2009.

Tak wyglądał kościół przed wojną...Tak wyglądał kościół przed wojną…

 

Obecnie…

IMGP5795IMGP5797IMGP5799IMGP5802IMGP5807IMGP5809IMGP5811IMGP5815IMGP5817IMGP5824IMGP5826IMGP5829IMGP5830IMGP5831IMGP5838IMGP5844IMGP5850IMGP5852IMGP5853IMGP5855IMGP5857IMGP5859IMGP5860IMGP5862IMGP5864IMGP5866IMGP5867IMGP5869

Kiedyś na wieży znajdował się zegar.Kiedyś na wieży znajdował się zegar.

IMGP5875IMGP5876IMGP5877

Zakrystia - wejście od środka kościoła zamurowane.Zakrystia – wejście od środka kościoła zamurowane.Obecnie jako skład butelek...Obecnie jako skład butelek…Prawdopodobnie dawna plebania.Prawdopodobnie dawna plebania.

IMGP5885IMGP5888IMGP5892

Według tego artykułu, z Szybalina ocalał obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Obecnie znajduje się w kościele Michała Archanioła w Świebodzinie.

cerkwa

 UKRAINA / brak / Szybalin

 Znalezione obrazy dla zapytania cerkiew szybalin