Świadectwo Małgosi

Jestem mamą trzy i pół letniego Dominika. Mój synek ma bardzo rzadką chorobę – ogniskową dysplazję włóknisto-chrzęstną lewej kości udowej. Chodzi o to że mięśnie zamiast się normalnie rozwijać jakby wrastają w kość, a przyszłości noga może ulec deformacji. Dwa lata temu lekarz powiedział nam że w połowie przypadków może się cofnąć, ale w przeciwnym razie konieczna jest operacja. Wtedy zapisał Dominika na termin operacji. Po powrocie do domu, pomimo smutku i lęku, powiedziałam sobie mocno, że muszę walczyć o moje dziecko, a najsilniejszą bronią będą WIARA i MODLITWA. Prosiłam wiele osób o modlitwę za Dominika, a jedna z nich powiedziała mi o Różańcu Rodziców za Dzieci. Początkowo się wahałam czy przystąpić do tej modlitwy, obawiając się że mogłabym o niej zapomnieć. Jednak kiedy przeczytałam świadectwa innych rodziców uzdrowionych dzieci obawy odeszły i od razu się zapisałam przez Internet. Codziennie z mężem odmawialiśmy dziesiątkę różańca w intencji naszego synka i innych dzieci. Codziennie też prosiliśmy o wstawiennictwo błogosławionego Jana Pawła II. Wkrótce do modlitwy dołączył sam Dominik. Ta wspólna, rodzinna modlitwa stała się bardzo ważna w naszym życiu, umocniła nas i dała nam NADZIEJĘ, której wtedy potrzebowaliśmy. Zamówiłam również Mszę św. w intencji zdrowia Dominika. Usłyszałam wtedy w Kościele czytanie z księgi Ezechiela, w którym Pan Bóg mówi że ożywi wyschłe kości. Od razu skojarzyło mi się to z kością w nodze Dominika. Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło, a łzy same popłynęły z oczu. Czytanie zawierało jakąś obietnicę. W kwietniu tego roku(2011) podczas wizyty kontrolnej w szpitalu okazało się, że noga Dominika zaczyna się prostować. Nastąpiła ogromna poprawa, a lekarz powiedział nam że Dominik prawdopodobnie uniknie operacji. Byliśmy i jesteśmy ogromnie szczęśliwi z tego powodu, Dziękuję CI Panie Jezu za zdrowie Dominika. Dziękuję Ci Matko Boża za Twoją opiekę nad nim.

Małgosia 14.11.2011r.

Nastoletnia córka

Dokładnie 1 października 2010 roku przystąpiłam do Róży Różańcowej. Był to oczywiście "przypadek", że miesiąc różańcowy zaczęłam w ten sposób. Modlę się za nastoletnią córkę, która miewała napady złości, rzucała przedmiotami i w żaden sposób nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Córka nie sprawiała innych problemów wychowawczych, zawsze bardzo dobrze się uczyła. Zaczęłam się obwiniać o te jej napady, że może za mało okazywałam jej czułości, że może to ja ją prowokuję... Miałam bardzo różne myśli. Pan Bóg odpowiedział na moje rozterki dając mi różaniec do ręki. Już w listopadzie córka zaczęła chodzić na oazowe spotkania młodzieży. Widziałam jak chętnie w nich uczestniczy, ile dają jej radości. Latem postanowiła wyjechać na rekolekcje. W domu niczego jej nigdy nie brakowało, więc kiedy miała spędzić 15 dni w skromnych warunkach mieliśmy z mężem wiele obaw. Stało się jednak inaczej. Wróciła do domu rozpromieniona. Teraz modli się codziennie, podejmuje posty w różnych intencjach, czyta i rozważa Słowo Boże, ewangelizuje innych. Swoją postawą mobilizuje także nas. Widzę, że stała się prawdziwym uczniem Chrystusa, pracuje nad swoimi wadami i słabościami, już nie pamiętam kiedy miała ostatni napad złości... Teraz modlę się, żeby wytrwała. Chwała Panu.

Podziękowania za opiekę nad synem

Chcę z całego serca podziękować wszystkim rodzicom z mojej róży za modlitwę. W niedzielę mój syn miał wypadek samochodowy, samochód nadaje się tylko do kasacji, a sam wyszedł z tego wypadku bez najmniejszego zadrapania. Dziękuję Bogu za łaskę ochrony nad synem i wszystkim za modlitwę.

Pozdrawiam serdecznie, Bóg zapłać.

Mama z Niemiec

Świadectwo rodziców, którzy modlą się za swoje dzieci.

Chcielibyśmy się podzielić swoim świadectwem. Wraz z żoną modlimy się od kilku miesięcy Różańcem Rodziców. Jesteśmy rodzicami 6-letniego Konrada i 4-letniej Moniki. O modlitwie tej dowiedzieliśmy się podczas niedzielnej Mszy Świętej. Pomyśleliśmy, że warto „zainwestować” kilka minut dziennie w modlitwę za nasze dzieci. Wielką troską napawały nas ciągłe infekcje naszych przedszkolaków. Praktycznie co dwa, trzy tygodnie dzieci były chore i za każdym razem musiały brać antybiotyki. Szczególnie mało odporny był Konrad, który w ubiegłym roku, po kilkutygodniowej infekcji i braniu antybiotyków jeden po drugim, wylądował w szpitalu. Dzieci chorowały nawet w wakacje. Po wakacjach przyłączyliśmy się do Różańca Rodziców i od tej pory, aż do dzisiaj (piszę te słowa 12 maja) zdrowie dzieci bardzo się poprawiło. Przydarzały się jedynie kilkudniowe i niegroźne infekcje. Nasze dzieci chodzą do przedszkola i należą do najrzadziej opuszczających zajęcia. Dla nas jest to namacalny dowód na konkretne działanie Pana Boga poprzez Różaniec Rodziców i dlatego zachęcamy innych do przyłączenia się dla dobra swoich dzieci. Chwała Panu!

Sylwia i Grzegorz z Trójmiasta

Nieśmiałe dziecko

Od ponad roku modlę się i należę do Różańca Rodziców. Syn bardzo niechętnie rozstawał się ze mną, gdy zaczął chodzić do szkoły. Było to trudne również dla mnie, a przez to również dla całej rodziny. W trakcie wakacji zmieniliśmy miejsce zamieszkania, szkołę. U dziecka lęk, u mnie strach o nie były tak silne, że trudno mi było odnaleźć szczęście dnia codziennego. Ale myśl o przynależności do Różańca Rodziców i codzienna modlitwa dawały siły. Od tego roku szkolnego syn ma siłę wewnętrzną, aby radzić sobie z wyzwaniami życia codziennego. Zaczął sam zasypiać w pokoju, ma więcej odwagi i chętnie przygotowuje się do Komunii świętej. Dla mnie jest to niewątpliwie cud i ogromna radość. Dziękuję wszystkim rodzicom za modlitwę i łaski z niej płynące i za radość, jaką w sobie noszę. Chwała Panu!

Katarzyna

Pokój w domu

Modlitwa różańcowa bardzo odmieniła moich synów. Obaj chodzą do gimnazjum. Od najmłodszych lat stale ze sobą rywalizowali, bili się, kłócili, w domu bez przerwy wybuchały awantury. Przyłączyłam się do modlitwy różańcowej rodziców. Nie od razu odmieniła ona naszą rodzinę. Jednak po około pół roku, zachowanie moich synów bardzo radykalnie się zmieniło. Skończyły się kłótnie, rodzina jest zaskoczona tą nagłą zmianą. Ja wiem, że to modlitwa różańcowa odmieniła ich serca. Już zawsze będę się modlić na różańcu za moich synów, gdyż wiem, że wiele łask mogą dzięki temu otrzymać.

Córka zaczęła przynosić piątki

W październiku 2007 r. na rekolekcjach wspólnoty w czasie przerwy rozmawiałem z jedną z matek, która ma dzieci w wieku tzw. buntu. Żaliła się ona, że nie ma zupełnie kontaktu z córką; zaproponowałem, aby się zapisała do Różańca rodziców. Po miesiącu zapomniałem o tym, ale tamta matka nie zapomniała i zaczęła się modlić na różańcu. Okazało się, że córka niemal z dnia na dzień się zmieniła i zaczęła się starać. Okazało się, że dotychczasowa bardzo słaba uczennica zaczęła przynosić do domu piątki z przedmiotów, z których była zagrożona. Zmiana była na tyle widoczna, że aż nauczycielki zaczęły się dopytywać skąd się to wzięło. Jak to możliwe!? Możliwe z różańcem, w gronie rodziców, którzy wspierając się razem z pomocą Maryi, proszą o Bożą pomoc. To jest dla mnie wspaniałe! Chwała Panu.

Nie zwlekać!

Na spotkaniu jednej z grup przy kościele w Gdyni matka usłyszała świadectwo działania łaski Bożej przez Różaniec Rodziców. Postanowiła się włączyć do tej modlitwy, zapisała się i tego samego wieczora rozpoczęła modlitwę aktem zawierzenia, a następnie żarliwą modlitwą dziesiątką różańca sobie przypisaną na dany miesiąc. Zapadł wieczór, a syn, który z koleżanką poszedł do kina, nie wracał. Gdy zdyszany i rozgorączkowany wreszcie wbiegł do domu z okrzykiem „Mamo, stał się cud”, wyjaśniło się, jak bardzo potrzebna była ta modlitwa. Po wyjściu z kina młodzi zostali otoczeni i napadnięci przez bandę chuliganów. Cudem udało się im wyrwać z sytuacji bez wyjścia. A właśnie w tym czasie matka polecała opiece Bożej swego syna! Płaszcz modlitwy różańcowej może ochronić nasze dzieci nawet z najtrudniejszych opresji.

Uzdrowienie w rodzinie!

Kasia była bardzo sympatyczną dziewczyną, niestety, w wieku 18 lat została uwiedziona przez znacznie starszego mężczyznę, zawrócił jej w głowie na tyle, że porzuciła rodzinę i wyprowadziła się do innego miasta. Niestety, wówczas skończyła się sielanka, a rozpoczął dramat. Mężczyzna wykorzystywał i maltretował dziewczynę, która nie umiała się z tego uwolnić. Do matki okrężną drogą docierały jakieś bolesne informacje, ale nie miała jak pomóc córce. Po kilku miesiącach wytrwałej i żarliwej modlitwy matki córka sama w Wielki Czwartek powróciła do domu. Co więcej Bóg uleczył jej traumatyczne przeżycia, powróciła od normalnego życia.

Uzdrowienie rodzin!

Styczeń 2009. Gdy nasza róża została założona 1 grudnia 2008 r. nie sądziliśmy, że efekty mogą przyjść tak szybko. Wkrótce jedna z dorosłych córek, za które rozpoczęła się modlić jedna z matek zaczęła porządkować swoje pokręcone życie. Postanowiła zerwać z konkubentem i pogodzić się ze swoim sakramentalnym mężem. Bóg sprawił cud, że i mąż odpowiedział na to pojednanie. I już w Wigilię tego samego roku rodzina świętowała połączona i odnowiona! Chwała Panu!

Uwolnienie z uzależnienia od komputera

Chcę się podzielić moją radością z rodzicami, którzy jeszcze nie należą do Różańca Rodziców, a może zastanawiają się, czy to uczynić. Uczynić! Koniecznie! Po miesiącu modlitwy w różańcu mój 18-letni syn uzależniony od gry internetowej w stopniu uniemożliwiającym mu normalne życie (przestał się uczyć, stracił kontakt z otoczeniem, grał dniami i nocami), sam z siebie postanowił z tym skończyć. Od prawie roku nie gra w żadne gry. Po dalszym pół roku modlitw – z własnej inicjatywy – zaczął uczęszczać na Msze świętą wspólnoty modlitewnej, następnie zapisał się na rekolekcje Marana Tha, na których przystąpił do sakramentu pokuty i przyjął Komunię świętą. Jestem przekonana, że po trzech latach od tragedii, która odmieniła nasze życie, wszystko zaczyna się układać. Syn zdał maturę, uporządkował swoje życie i wierzę, że w znacznej mierze zawdzięczam to modlitwie w Różańcu Rodziców. Wystarczy tak niewiele – dać Panu Bogu odrobinę swojego czasu i ufności oraz prosić o łaski, a one spływają. Naprawdę.

Katarzyna

Muszę być lepszą teściową.

Z wielką niecierpliwością i radością czekaliśmy na narodziny wnuka. Ale niestety przerodziła się ona w narastającą gorycz. Okazało się, że synowa i syn odwrócili się od nas po przyjściu na świat dziecka. Doszło do tego, że przez pół roku nie widzieliśmy wnuka! A i z synem nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka, nie mówiąc o synowej. Bardzo rozgoryczona opowiedziałam kuzynce o swoich problemach. A ta wskazała mi modlitwę w Różańcu Rodziców jako możliwe rozwiązanie. Już drugiego dnia zapisałam się i zaczęłam się modlić. I dzień po dniu Bóg pomagał mi odkrywać rzeczywiste przyczyny moich złych relacji z dziećmi (piszę dzieci, bo przecież synowa też jest w jakimś sensie moim dzieckiem). Dzień po dniu zaczęłam rozumieć, że młodzi mają prawo do swojego życia, że prawdziwy problem leżał po mojej stronie. Ale w modlitwie nie było to poniżające doświadczenie. Byłam zdolna przyjąć tę prawdę i zmieniłam się wobec moich dzieci. Oczywiście od razu dostrzegły to i wszystkie wcześniejsze żale i problemy przeminęły. Wigilię tego samego roku świętowaliśmy razem! Różaniec pomógł mi się uwolnić od nadmiernego wtrącania się w życie rodziny mojego syna! Ale Bóg pomógł mi tak że się o to nie obwiniam, a następne świeta spędzaliśmy już razem we wspaniałej rodzinnej atmosferze

Modlitwa ojca

Od przyjaciela z pracy dowiedziałem się o różańcu rodziców. Opowiedział mi jak się zapisać i jakie efekty może przynieść dla dzieci moja modlitwa. Szczególnie też zaznaczał wagę modlitwy ojca. Mam trzy córki i syna i kłopot chyba największy był z synem, który miał bardzo nieustabilizowaną, nerwową pracę. Widziałem, że ze swoim charakterem potrzebuje spokojnej i odpowiedniej dla siebie pracy, tylko gdzie ją w tych czasach znaleźć. W międzyczasie spotkałem się ze swoim kolegą po raz kolejny i tym razem dałem się zmobilizować, wszedłem na Internet i razem z żoną objęliśmy, każdy swoją dziesiątkę różańca. Wiem że wcześniej pewnie popełniłem jakieś błędy wychowawcze, może nie zwróciłem na coś uwagi, ale teraz nie czas na żale. Wierzę że dzięki różańcowi rodziców Bóg może w sobie właściwy, cudowny sposób naprawić moje niedociągnięcia. I Bóg pomógł synowi, znalazła się wkrótce dobra posada dla niego, może spokojnie zarobić na utrzymanie, z pracy jest zadowolony, a moje serce jest o niego spokojne. Dostałem też obrazek Matki Bożej Oliwskiej – mało znany u nas na południu Polski, oprawiłem w ramki i razem z żoną się przed nim modlimy. Nasze córki kiedy zobaczyły to również zapragnęły się dołączyć do tej modlitwy. Chwała Panu Bogu!

2008-10-27

Jestem członkiem Różańca Rodziców od tygodnia. Aż boję się zapeszyć, ale postanowiłam napisać aby wzmocnić nadzieje innych Rodziców.

Odkąd włączyłam się do tej formy modlitwy bardzo poprawiły się moje relacje z 16-letnim synem: zaczął przebywać w większości w domu, tylko w nocy z soboty na niedzielę został z kolegami na ognisku poza Krakowem i dał mi o tym znać zaraz po 10-ej wieczór, że chce zostać. Dotychczas nie uważał za stosowne informować mnie gdzie przebywa. Jedyne, co przeważnie zniecierpliwiony odpowiadał na moje telefony i pytania, to było albo zbywanie mnie żartem albo wręcz ordynarnym słowem - że nie zamierza wracać i nie moja sprawa gdzie i z kim jest. Bardzo często spędzal noce poza domem, nie chodził do szkoły. Boję się jeszcze uwierzyć, że zmiany będą trwałe. Dzisiaj poszedł pierwszy raz od sześciu tygodni do szkoły. Piszę - dzieląc się radością - aby dać nadzieję innym zatroskanym Rodzicom. Matka wychowująca samotnie 16-latka.

Marta

Mama dorosłych dzieci

Długo zwlekałam z podjęciem modlitwy różańcowej za swoje dzieci. Dopiero kiedy zobaczyłam naocznie, że potrafi rozwiązywać naprawdę trudne i konkretne kłopoty w życiu dorosłych już dzieci postanowiłam dołączyć do tej wspólnoty modlitwy. Dotarło do mnie, że moje dzieci mają już swoje rodziny, mają swoje życie, ale ja mogę ich wspomóc w tym z czym sami sobie nie radzą, w drobnych zdałoby się trudnościach. Dorosłe dzieci nie chcą już słuchać rady starszego rodzica, ale modlitwa może ich wspomóc, a Bóg poprzez innych ludzi podpowie lepiej to co ja widzę z mojej perspektywy. Moje dzieci w wieku czterdziestu kilku lat miały problemy z nadwagą, można powiedzieć z otyłością. Mimo wielokrotnych prób, wspomaganych również poradami lekarskimi nie potrafiły się z tym uporać. Brakło silnej woli, brakło dobrego pomysłu - a w związku tym, że dodatkowo cierpią na nadciśnienie nadwaga stanowi jeszcze większy problem, w końcowym wypadku może prowadzić do bardzo złych skutków. O problemach z kolanami, stawami i złym samopoczuciem już nie wspominam.

Postanowiłam więc, że w ramach tej modlitwy za dzieci będę się też oprócz intencji ogólnych, modlić o bardzo konkretną rzecz, że będę się modlić o ich zdrowie a zwłaszcza o to aby się odchudzili. I stał się chyba cud – niezależnie od siebie i syn i córka zaczęli myśleć ponownie o podjęciu odchudzania, trafili do dobrego lekarza dietetyka, który potrafił właściwie ich poprowadzić, a Bóg dał im siłę do wytrwania w tym procesie zmiany nawyków życiowych na bardziej zdrowe. Syn zaczął delikatnie uprawiać ćwiczenia fizyczne, córka odchudziła się i oprócz zdrowszej sylwetki ma znacznie lepsze samopoczucie i własną samoocenę. Ja nawet sama nieco zapomniałam, że kilka miesięcy temu właśnie tą sprawę polecałam Bogu. Ale Bóg nie zapomniał i pomógł moim dzieciom zwyciężyć ze słabością z którą borykali się od wielu lat. Dopiero jak zobaczyłam córkę wkładającą spodnie o dwa rozmiary mniejsze niż poprzednio przypomniałam sobie o swojej modlitwie sprzed pół roku i dotarło do mnie że Bóg nie pozostawia żadnej modlitwy niewysłuchanej. Ten Różaniec rodziców naprawdę działa! Chwała Panu Bogu!

O trzeźwość dziecka!

14 stycznia 2009

Szczęść Boże! Jestem wdzięczna Bogu i ludziom za tę modlitwę i tę wspólnotę. Od ponad trzech lat moje dziecko dźwiga brzemię choroby alkoholowej i innych chorób. Gorąca modlitwa była ciągłym wsparciem dla mnie, ale osłabłam na duchu, stając się osobą współuzależnioną. Dopiero podjęcie modlitwy w Różańcu Rodziców zdjęło ze mnie ciężar. Odzyskałam radość życia. Przestałam się martwić. Fizycznie odczułam pomoc Najświętszej Matki. Kto doświadczył podobnego uwolnienia, wie jaki to cud. Przystąpienie do Róży było dla mnie prawdziwym przyznaniem się do bezsilności wobec problemów. Od dnia, w którym wysłałam e-mail, moje dziecko zachowuje trzeźwość. Dziękuję Bogu za każdy dzień, w którym pokonuje chorobę. Brak mi słów na określenie dobrych uczuć, które mnie wypełniają.

Matka

Świadectwo matki

Pięć lat temu, moje małżeństwo rozsypało się. Moje dzieci, szczególnie starsza córka, winiły mnie, za to, że nie utrzymałam ich taty w domu... Relacje miedzy mną, a starszą córką były tak zachwiane, że każda rozmowa kończyła się krzykiem, łzami...

W połowie lutego 2006 r. przyjaciółka powiedziała mi, o stronie Różańca Rodziców za Dzieci. Z wielką determinacją wysłałam swoje zgłoszenie i od 22 lutego 2006 r. modlę się Różańcem Rodziców za Dzieci. To co się stało, nie da się po ludzku wytłumaczyć. W naszym domu zapanował spokój, nie ma krzyku, obwiniania, łez, czasami odzywają się żale, ale one bardziej oczyszczają... Ktoś powiedziałby, że potrzebowałyśmy czasu... Tego czasu miałyśmy dość bo 4 lata i nic nie wskazywało, że będzie lepiej...

Dziś jestem przekonana i pewna, że modlitwa Różańcowa Rodziców za Dzieci dokonała takiego przemienienia... Dziękuję Bogu, za tą modlitwę i każdemu 'płatkowi' róży, gdyż każdy kto modli się Różańcem Rodziców za Dzieci przyczynił się do spokoju w moim domu.

Tadeusz

Modlitwa różańcowa odegrała w moim życiu wielką rolę. Moja mama przez całe lata, należąc do parafialnej róży różańcowej modliła się za mnie. Owocem jej modlitwy było moje nawrócenie. Z kolei nic tak nie umocniło naszego małżeństwa, jak wspólne z żoną codzienne rozważania tajemnic różańcowych. Od kilku lat należymy z żoną do wspólnoty modlitewno-ewangelizacyjnej. Jedną z praktyk modlitewnych naszej wspólnoty jest codzienne rozważanie przez jej niektórych członków dziesiątki różańca. W sumie istnieją róże różańcowe, które ogarniają modlitwą konkretne intencje. Uczestniczę w kilku z nich.

Problemem małżeństwa mojej córki była niemożność od dwóch lat poczęcia potomka. Badania lekarskie wykazywały, że zarówno córka jak i zięć są w pełni zdrowi. Modliliśmy się z żoną w intencji naszych dzieci.

Od dłuższego czasu jeden z członków wspólnoty i niezależnie od niego inna osoba zachęcały mnie do modlitwy w róży różańcowej, której intencją była modlitwa za nasze dzieci. Niestety ciągle wykręcałem się od tego, ponieważ uważałem, że modlę się wystarczająco dużo.

Pierwszego września rozmawiając o sytuacji naszych dzieci, po raz kolejny padła propozycja modlitwy za nie w naszej wspólnotowej róży. Tym razem duch modlitwy zwyciężył. Jeszcze tego samego dnia do pozostałych dziesiątek dołączyłem dziesiątkę za nasze dzieci. Trwam w modlitwie do dzisiaj.

Jak wielka była moja radość kiedy dowiedziałem się, że córka jest w błogosławionym stanie!

Co więcej okazało się, że dziecko poczęło się właśnie na początku września. I jak tu nie wierzyć w moc różańca

Chwała Panu!

Marek

chłopiec w wieku lat 13 - zdolny, ale mocno wycofany, niepewny siebie, lękliwy - w czasie tej modlitwy został jakby uwolniony / i jest dalej uwalniany/ z większości swoich lęków i zahamowań, wszyscy nauczyciele zauważyli to, zdumieni metamorfozą chłopca - na koniec 6-tej klasy dostał prawie wszystkie oceny maksymalne, nawet tam gdzie się nie spodziewano. Uczynił ogromne postępy w dziedzinach które były jego najsłabszymi stronami - dzięki pokonaniu strachu, lęku - nastąpiła jakby zmiana osobowości - delikatna, ale jednak bardzo wyraźna - ku dobremu.

Zosia

w wieku lat 10 - problemy z relacjami z rówieśnikami , niezawinione przez dziecko - i poczucie odrzucenia, trwało to ok. 3 lat - Bóg przemienił sytuację o 180 stopni - z tego zła wyprowadził dobro - Zosia się otworzyła, umocniła i dodatkowo wyniosła z tej sytuacji naukę nt. prawdziwej przyjaźni - ale bez urazy do tych którzy taką sytuację spowodowali.

Filip

6 lat - niespektakularne uleczenie z długotrwałej choroby przewodu pokarmowego.

Otrzymujemy także inne świadectwa o nawróceniu, itp., o spokoju dla modlących się i zmianach na lepsze u dzieci, świadectwo stałej poprawy z problemów zdrowotnych, a także o rozpoczęciu wspólnej modlitwy w rodzinie!

DZIEWIĘĆ PIERWSZYCH PIĄTKÓW

 

Mój brat, niestety, bardzo oddalił się od Boga. Dość powiedzieć, że żyje już z trzecią kobietą i przestał chodzić do kościoła. Mama bardzo to przeżywa, ale pociesza się tym, że kiedy był chłopcem, odprawił dziewięć pierwszych piątków. Jakoś dziwnie mi się robi, kiedy mama tak się pociesza. Oczywiście, że ja też bardzo chciałabym, żeby brat się nawrócił. Czuję jednak, że te dziewięć piątków przemawia raczej przeciw niemu. Dla mnie to bardzo bolesny dowód, że on nie zgrzeszył z ignorancji ani z braku łaski Bożej. To, że miał w swoim życiu okres gorącej wiary, chyba pogłębia jego winę. Mamie się z tych moich przemyśleń nie zwierzam. Wiem tylko, że więcej muszę się za niego modlić.

Zarysowałam kontekst, teraz stawiam pytanie: Czy popularne przekonanie, że kto odprawi dziewięć pierwszych piątków, na pewno będzie zbawiony, można traktować na serio? Mam co do tego zastrzeżenia. Miłość nie szuka gwarancji. Jej wystarczy to, że może kochać. Gwarancje są potrzebne ludziom o mentalności magicznej. Etnografia opisuje mnóstwo praktyk, za pomocą których ludzie usiłują uzyskać pożądane zabezpieczenie albo jakieś inne dobro. Bardzo chciałabym, żeby te zastrzeżenia nie odnosiły się do praktyki pierwszych piątków miesiąca. Jednak nic na to nie poradzę, że praktyka ta budzi we mnie takie zastrzeżenia.

Obie jesteście napełnione gorącą wiarą i ta sama wiara podpowiada Wam odmienne spojrzenie na tę samą sprawę, dlatego sądzę, że obie macie rację. Ufajmy, że wytrwałą modlitwą rozpędzicie w końcu ciemności, w jakich znalazł się Wasz syn i brat, i wybłagacie u Boga jego nawrócenie.

Spójrzmy jednak ogólnie -- nie nawiązując na razie do sytuacji Pani brata -- na praktykę dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Myślę, że niesłusznie wiąże Pani obietnicę dotyczącą tej praktyki z mentalnością magiczną. Proszę zauważyć, że mentalność magiczna nie dba o jakiekolwiek racjonalnie postrzegalne związki przyczynowe. Bo niby dlaczego głośne bicie w bębny miałoby sprowadzić deszcz, jak to się wierzy w niektórych plemionach? Nie widać też związku przyczynowego między obsypaniem nowożeńców ziarnem pszenicy czy prosa a ich przyszłym szczęściem.

Istnieje natomiast oczywisty związek przyczynowy między praktyką dziewięciu pierwszych piątków a wytrwaniem przy Bogu na zawsze. Już sam fakt, że ktoś podejmujący tę praktykę przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej akurat w pierwszy piątek miesiąca, sugeruje myśl, że cały ten miesiąc ma być czasem szczególnego życia wiarą. To zaś, że ma to być dziewięć kolejnych miesięcy, nasuwa przejrzystą aluzję do czasu, jakiego potrzebuje dziecko, żeby móc pojawić się na tym świecie.

Trudno więc nie zauważyć, że praktyka dziewięciu pierwszych piątków zawiera w sobie program nowego, pogłębionego nawrócenia. Ma się ono dokonać mocą Bożą, a nie przez ludzkie tylko postanowienia i wysiłki -- stąd centralne w praktyce pierwszych piątków znaczenie sakramentów. Zarazem czas przeznaczony na duchowe odnowienie jest w tej praktyce wystarczająco długi, aby człowiek mógł się w swoim nawróceniu ugruntować. Istnieje zatem uzasadniona nadzieja, że katolik, który przez dziewięć miesięcy wytrwał i pogłębiał się w życiu Bożym, nigdy już z drogi Bożej nie zejdzie i śmierć, choćby przyszła niespodziewanie, nie zastanie go odwróconym od Boga.

Co do Pani brata, obie z mamą kochacie go miłością Bożą. Jednej z Was miłość każe się niepokoić, drugiej -- ufać. Pani sceptycyzm co do nadziei związanej z tym, że on odprawił kiedyś dziewięć pierwszych piątków, jest oczywiście słuszny: już samo to, że on się duchowo zagubił, świadczy o tym, że odbył tę praktykę zbyt powierzchownie i nie przemieniła go ona na trwałe. Jednak swoją rację ma również mama. Jej nadzieja ma realne podstawy: Przecież radość wiary i bliskość Pana Jezusa nie są dla jej syna czymś takim, jak kolory dla ślepego od urodzenia. Wolno więc ufać, że tęsknota za tym, co utracił, okaże się w końcu większa niż jego grzechy. Najważniejsze, że obie gorąco się za niego modlicie.

Nie powiedziałem jeszcze o pierwszych piątkach rzeczy najważniejszej. W sprawach wiary tak jakoś już jest, że tego, co najważniejsze, wielu nie zauważa. Również w praktyce dziewięciu pierwszych piątków często pomija się rzecz najważniejszą, a mianowicie -- że pierwszopiątkową Komunię chcemy przyjmować w duchu miłości wynagradzającej.

Intuicją źródłową całego nabożeństwa do Serca Pana Jezusa (obchodzenie pierwszych piątków stanowi część tego nabożeństwa) jest przeświadczenie, że na naszą obojętność i niewierność Jezus reaguje jak ktoś kochający. Już w Starym Testamencie Bóg przyznał się nam do tego, że naszymi grzechami zadajemy Mu ból. "Przykrość Mi zadałeś twoimi grzechami -- czytamy u Izajasza (43,24) -- występkami twoimi Mnie zamęczasz". Toteż Dobry Pasterz bardziej się cieszy z odnalezienia jednej zabłąkanej owieczki "niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu tych, które się nie zagubiły" (Mt 18,13). Tysiące chrześcijan domyślało się, że straszliwe cierpienie, jakiego Jezus doświadczył w Ogrodzie Oliwnym, płynęło nie tyle z lęku przed torturami krzyża: było raczej pogrążeniem w otchłani miłości wzgardzonej, która daje ludziom całą nieskończoność swojej Boskiej Osoby, a nie jest nawet zauważana.

Tylko logika miłości może objaśnić nabożeństwo do Serca Pana Jezusa oraz ideę zadośćuczynienia Jezusowi za wzgardzoną miłość. Jest to logika analogiczna do tej, która kochającym dzieciom podpowiada, żeby starały się jakby w dwójnasób kochać swoich rodziców, zgnębionych tym, że jedno z ich dzieci zeszło na manowce. Ktoś, kto tę logikę rozumie, ma nieodpartą potrzebę, żeby Jezusowi jakby wynagrodzić ten ból, który Mu sprawia zabłąkanie się kogoś mi bliskiego lub znajomego czy jakaś nasza społeczna niewierność.

Otóż wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, żeby ktoś, kogo łaska Boża uzdolniła do odprawienia dziewięciu pierwszych piątków w duchu tej właśnie logiki, kiedykolwiek się Jezusowi zagubił.

 

tekst ze strony www.mateusz.pl

 

Świadectwo Krzysztofa – Jak to Bóg przyszedł do mnie.

Syn umiłowany

Chciałbym podzielić się z wami moim świadectwem. Jak to Bóg przyszedł do mnie.

              Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk, aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje nie było szczęśliwe. Raczej zawsze próbowałem się przed Nim chować, a nie szukać Go. Często bałem się Boga spotkać, aby przypadkiem czegoś mi nie kazał albo czegoś nie zabronił. Bo wiadomo, jak mi coś będzie kazał zrobić, to będzie się to wiązało z jakimś wyrzeczeniem, dyskomfortem, a wtedy raczej pogorszy mi się w życiu, a nie polepszy. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury. Będąc w wieku około 5 lat, przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych „normalnych” rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi, że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia: ojciec jak pił, tak pije, bieda – jak była, tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko: Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb, Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało go obchodzę. Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję.

              Komunię Świętą i sakrament bierzmowania przyjąłem bez wiary, bez wewnętrznej potrzeby oraz wiedzy, o co tak naprawdę chodzi w przyjmowaniu sakramentów. Inni je przyjmowali, to ja też, właśnie żeby nie być innym. Lecz moje serce wcale do Boga się nie zbliżyło, a przynajmniej tego nie odczułem, i zdanie o Nim pozostało podobne jak w dzieciństwie. Jeśli chodziłem do kościoła, to pod przymusem katechety, mamy, nakazu, bojaźni przed karą Bożą, a nie z własnego wyboru. W kościele czasem byłem (dla tradycji), ale na Mszy Świętej raczej myślami, duchowo nieobecny. Sąsiedzi uważali nas za katolicką rodzinę.

              Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się, mamy dwójkę dzieci. Pracując zawodowo, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał się mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie – zaparłem się Boga. Po chwili pomyślałem, ale „ze mnie żenada”, nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, mam ślub kościelny. I od tej chwili, od tamtego momentu z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za mnie.

Wspaniałą pracę, którą miałem od kilku lat (prestiżową, dobrze płatną i nie męczącą), straciłem w jednej chwili (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy. Aby żyć na dotychczasowym poziomie, postanowiłem rozpocząć własną działalność gospodarczą, zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić z dochodów firmy. Po czasie pieniądze się skończyły, obrót w firmie był marny, ogromny dług został. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka.

Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam, drzwi były zamknięte. Po upiciu się, w mojej głowie pojawiały się myśli koszmarnie złe. Zły duch zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty w moim życiu. Jakby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem: do niczego, nie kochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból, ból mojej duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie. Zacząłem robić wyrzuty Bogu, bez nadziei, że mi odpowie. – Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie jakbym chciał, zawsze pod górę. Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz. Wiedziałem, że nie chcę żyć. Miałem 38 lat (tyle, ile ten człowiek, przy sadzawce Betesda).

Była sobota około godziny 23:00. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle – Wszechogarniający pokój… Jest mi tak bezpiecznie, niczego się nie boję. Potężny ocean Miłości ogarniał moją duszę i wlewał się do niej. Światłość niepojęta, wszędzie, biała, tak ogromna, że powinna razić, a nie raziła, parzyć, a nie było mi wcale gorąco. Było mi tak dobrze. W życiu nie było mi tak dobrze. Wiedziałem już, moja dusza wiedziała (mimo, że byłem przed sekundą pijany, dusza moja była trzeźwa): To Ty jesteś, Jezu, (stwierdzenie ze zdziwieniem). Istniejesz naprawdę. Pewność, radość. Myślałem, że Ciebie nie ma, może żyłeś kiedyś, ale nie dziś. Nie wierzyłem w Twoje istnienie tu i teraz, wiesz przecież. Już dusza moja wie i pragnie poznawać Ciebie w każdej sekundzie więcej i więcej, chcę o Tobie wiedzieć jak najwięcej, być jak najbliżej Ciebie, w Tobie, poznawać Ciebie. Tu padły słowa, których nie zapomnę do końca życia i jeszcze dłużej. Były to słowa Jezusa: KOCHAM CIĘ(ciepły, męski, spokojny głos). Wielka fala miłości spłynęła na mnie. Poznałem ogrom miłości Boga do mnie. Miłość zalała całą moją duszę. Rozpłakałem się. Łzy wylewały się ze mnie strumieniami (to nie był zwykły płacz, ale rzeki łez). Jezus dał mi zobaczyć swoją duszę. Widzę, stojąc przed Tobą, Jezu, jak nędzna jest dusza moja, jak mała, czarna, skulona, jakby mokra, spleśniała cuchnąca szmata, którą nawet dotknąć przez rękawiczkę bym się brzydził – powiedziałem. Zapytałem Jezusa. – Mnie? Za co mnie możesz kochać? Nędzny, marny jestem, Ty wiesz, jaki jestem. Nie jestem godzien Twojej miłości. Nie jestem godzien kochania.

Poczułem uderzenie, strumień miłości bezinteresownej, pełnej akceptacji, bezwarunkowej, za nic, od zawsze i na zawsze. Zobaczyłem małe nierozerwalne strumienie (miłości, opieki) wychodzące ze światła Jezusa do każdego człowieka i poczułem, że Bóg sam opiekuje się każdym człowiekiem i każdego bezgranicznie zna i kocha. Po odczuciu bezwarunkowej wielkiej miłości moje nastawienie do mojej osoby się zmieniło. – Skoro jesteś i mnie kochasz tak wielką miłością i jest mi tak dobrze z Tobą…, to ja już nie chcę sam sobie odbierać życia, nie ma już we mnie takiej woli (jakby nigdy nie było), ale chcę być z Tobą na zawsze, zawsze przy Tobie, zabierz mnie z sobą.

Już wiedziałem, że On jest, jest Miłością i najlepiej przecież się zajmie moją rodziną, nie odczuwałem żadnego lęku, żalu, że zostawię bliskich na ziemi. Wręcz przeciwnie cieszyłem się, że Bóg się o nich zatroszczy w najlepszy dla nich sposób. Była chęć odejścia, ale motyw był już inny, nie chciałem odchodzić z tego świata, bo mi tak źle, ale chciałem odejść, bo jest mi tak dobrze z Jezusem. A może nie tyle odejść z tego świata, co wrócić do Ojca, do domu. Bo tam jest mój dom, moje miejsce. Nie jestem z tego świata.

Jezus (myśl do mojej duszy. Z Bogiem można rozmawiać bez słów):

 Znajdziesz mnie w Kościele i w Moim słowie, nie zostawię cię sierotą, jestem zawsze przy tobie. Teraz wiesz, że Ja jestem zawsze przy tobie i zawsze cię kochałem, kocham i będę kochał.

 Ale w kościele mam Cię szukać? Zapytałem. Ci księża są tacy… no, wiesz jacy… nie lubię ich, denerwują mnie, zawiodłem się na nich.

Jezus: Choćby wszyscy kapłani na świecie cię zawiedli, wiedz, że Ja Jestem najwyższym kapłanem, a Ja nigdy nie zawodzę. Za kapłanów się módl, bo są ukochanymi duszami Moimi. Wiedz, że mają dwa razy więcej pokus niż Ty.

 Panie, widzę swoją duszę i wiem, jaka jest. Ale stojąc przed Tobą w oceanie Twojego pokoju, miłości i światła, ja, nędznik, chcę być z Tobą na wieki. Prowadź mnie do siebie, do wieczności z Tobą. Nie puszczę Ciebie, będę się trzymał… Twojej nogi. Jakbyś chciał pójść gdzieś beze mnie, nie puszczę Cię, choćby cierpienia moje na ziemi były ogromne, muszę być zawsze z Tobą na wieki, muszę, chcę, pragnę.

Jezus nie powiedział mi, że mnie nie zabierze, ale dał mi odczuć, jaki będzie mój największy smutek zaraz przed wejściem do nieba. Poczułem, że będzie to smutek powodowany tym, że tak mało istnień ludzkich doprowadziłem do Boga i na tak mało zaistnień ludzi, dzieci, na tym świecie wyraziłem zgodę. Że moja radość nie będzie pełna, jeśli w niebie nie znajdzie się więcej dusz, które mógłbym przyprowadzić do Pana. Radość nie jest pełna, jeśli nie mamy się nią z kim podzielić. Chciałem, aby jak najwięcej dusz cieszyło się ze mną pobytem w niebie.

Spotkanie się zakończyło tak nagle jak się rozpoczęło. Nie wiem, ile trwało? Może sekundę, może dwie godziny. Podczas przyjścia Jezusa, wiem, to dziwne, ale nie było czasu.

Następnego dnia rano, gdy wyszedłem na ulicę, patrzyłem na twarze ludzi. Próbowałem w ich spojrzeniach dostrzec informacje, że do nich też przyszedł kiedyś Jezus, bo przecież nie jestem wyjątkowy, skoro był i u mnie, to i u nich na pewno. Miałem przekonanie, że do nich też przychodzi, tylko nie mówią o tym fakcie. Chciałem krzyczeć na ulicy z radości, że Jezus jest. Lecz odwagi mi zabrakło. Wahadełko, które miałem z czasów młodzieńczych i niekiedy z niego korzystałem, wyrzuciłem do kanału ściekowego, czułem, że tam jego miejsce. Zacząłem nosić krzyż na piersi, chodzić do kościoła w niedziele i niekiedy w dni powszednie, szukać Jezusa, szukać rozmowy z Nim, tyle chciałem, żeby mi powiedział, wyjaśnił. Z wielkim strachem poszedłem do spowiedzi, ale była ona bardzo krótka i płytka. O wizycie Jezusa w moim domu i w duszy kapłanowi nawet nie wspomniałem. Znowu strach, że uzna mnie za wariata. Wysłuchałem gdzieś w internecie fragmentów „Dzienniczka” Siostry Faustyny. Każdą niedzielną Mszę (przez 4 lata) ofiarowałem za dusze czyśćcowe i prosiłem świętą Faustynę o obecność przy mnie na każdej Mszy Świętej, gdyż bluźnierstwa w mojej głowie i rozproszenia podczas nabożeństw były bardzo silne. Prosiłem dusze czyśćcowe o modlitwę za mnie.

Po około 4 latach od opisanych powyżej zdarzeń, podczas Mszy Świętej chciałem coś ofiarować Bogu, Jezusowi (czułem, że tak mało daje od siebie Komuś, kogo kocham). Zacząłem szukać w myślach, co ja mam takiego najcenniejszego, cóż bym mógł ofiarować. Pierwsza myśl – nic nie mam. Za chwilę przyszła odpowiedź. Życie. Wolną wolę. W głowie pojawiła się myśl ze słowami: życie chcesz oddać, śmieciu? Wolną wolę? Spójrz na świętych, jak oni skończyli, w biedzie, zabici, zagłodzeni w celi, odrzuceni, nie rozumiani przez innych, jeden ukrzyżowany głową w dół. Większości się dobrze nie powodziło. Tego chcesz? Wtedy to właśnie powiedziałem szybko, nie rozmyślając nad złym głosem.

 Panie, po ludzku to nic nie mam (sławy, bogactwa, urody, wiedzy, umiejętności, talentu, pobożności), ale to, co mam, to oddaję Tobie. Życie i wolną wolę. Niech się dzieje w moim życiu wola Twoja; co chcesz, to rób. Mam umrzeć dziś  dobra. Mam być kaleką – dobra. Mam zwariować albo być uznany za wariata – dobra. Mam być żebrakiem – dobra. Zgadzam się na wszystko. Niech się dzieje wola Twoja. Niech Twój plan, nie mój, względem mojej osoby się realizuje, bezwarunkowo. Oczywiście, daj, Panie, siłę, abym Twoim planom podołał, nigdy nie zwątpił, z Tobą wszystko mogę.

Uświadomiłem sobie, że właściwie pierwszy raz prawdziwie się pomodliłem: … bądź wola Twoja. Od pojawienia się Jezusa w moim życiu klepałem pacierz rano i wieczorem, nie zastanawiając się, co właściwie mówię. Oddanie życia i woli było jak skok w przepaść. Lęk odczuwałem, ale wiedziałem, że jak „skoczę” bez żadnych zabezpieczeń, czyli moich pomysłów na życie, On mnie złapie. On ma dla mnie swój plan, a ja jestem gotów go wypełnić, byle bym tylko był z Nim w niebie.

Kilka dni później prosiłem Ducha Świętego o dobrą spowiedź. Był czas przed Wielkanocą. Czułem, że dotychczasowe spowiedzi były nijakie, z marszu, na szybko, pobieżne, bez wiary, że w konfesjonale jest Jezus. Chciałem się wyspowiadać z całego życia. Podczas spowiedzi płakałem, wymieniłem parę grzechów, ale też wyznałem, że zgrzeszyłem łamiąc wszystkie przykazania Boże (nie byłem w stanie przypomnieć sobie szczegółowo moich wszystkich grzechów), nawet zabiłem, tak zabiłem Boga, Jezusa, swoimi grzechami, moje grzechy przybiły Go do krzyża, chcę wrócić do Boga, prosić o wybaczenie. Słysząc słowa Jezusa w ustach kapłana, że mi odpuszcza, po rozgrzeszeniu, rozpłakałem się jeszcze bardziej.

Zaczęło się na dobre. Wychodząc z kościoła zobaczyłem, że coś się zmieniło na świecie. Kocham wszystkich ludzi. Kocham siebie, kocham trawę, kocham drzewa, każdy liść na drzewie był bardziej zielony, kontury kształtów bardziej zarysowane, cały świat był wyraźniejszy, nasycony pełnią barw. W każdym z tych liści widziałem dzieło Boga. Chciałem tańczyć, śpiewać, skakać. Biec do ludzi ze słowami: Jezus mnie i Ciebie kocha. Nogi stały się lżejsze, jakby unosiłem się 10 cm nad ziemią. Wiedziałem, Bóg wybaczył mi wszystkie grzechy, jest ze mną. Jestem bez grzechu.

Pomyślałem: Panie Boże, może już w moim życiu nie będzie drugiej takiej wyjątkowej, bezgrzesznej chwili, pewnie zaraz mnie zabierzesz do siebie, bo jak nie teraz, to kiedy? Z naprzeciwka zobaczyłem nadjeżdżający samochód. Pomyślałem, zaraz auto skręci na chodnik, na mnie, i …Pan mnie zabierze. Ma szansę mnie zbawić dla nieba. Niestety, przejechało koło mnie, normalnie, ulicą. Uświadomiłem sobie, że skoro teraz mnie nie zabrał, a moment, aby trafić do nieba wydawał się idealny, to On wierzy we mnie, ma nadzieje, wie, że do nieba pójdę, ale jeszcze nie w tym czasie. Choć myśl – Panie Boże, ale ryzykujesz; a jak nie będzie takiej drugiej chwili, hmm? – w głowie była. Wiedziałem, że plan Boży względem mojej osoby i mojego pobytu na ziemi jeszcze się nie zakończył i że ja sam siebie nie zbawię przez moją bezgrzeszność, ale dzięki Jego miłosierdziu.

Przyszedłem do domu i powiedziałem, że Jezus będzie z nami mieszkał. Domownicy uznali to za jakiś dobry żart. Ale ja naprawdę chciałem, aby z nami mieszkał. W tym dniu przyszło morze łask, o które nawet nie prosiłem. Wierzcie mi, nie prosiłem. Nawet o łaskach, które mógłby mi dać, nie myślałem.

Zostałem uwolniony od gier komputerowych. Do tej chwili potrafiłem zaniedbywać rodzinę, siedząc godzinami przed komputerem. Prosiłem dzieci, aby chowały mi płyty z grami, abym nie grał od razu jak przyjdę z pracy. Sam nie potrafiłem się opanować. Nieraz grałem do 2-3 w nocy. Otrzymałem łaskę uwolnienia od internetu. Kiedyś przeglądałem godzinami strony, nawet te, które mnie nie interesowały. Bóg zmienił zniewalający internet na służący do wyszukiwania Jego słowa, nauki Kościoła, żywotów świętych. Otoczyłem się przedmiotami przypominającymi mi o Bogu, aby w roztargnieniu dnia o Nim nie zapominać: obrazki, cytaty z Pisma Świętego, aplikacja z Biblią w telefonie, wyświetlacz z wizerunkiem Jezusa itp. Dar składania rąk do modlitwy na znak: Czyń, Panie, ze mną, co chcesz. Twoja wola niech się dzieje. Ze smutkiem patrzę, jak mało osób składa ręce podczas Mszy Świętej (także kapłanów), modlę się za nie, aby oddały życie Jezusowi całkowicie i bezwarunkowo. Pojawiła się wola mówienia prawdy. Chrześcijaństwo przestaje być nudne, nijakie, jeśli zaczniemy mówić prawdę, prawdę z miłością do drugiego człowieka Spróbujcie, zobaczycie, co wtedy się dzieje: zły się wścieka, ludzie zaczynają cię obrażać, wyzywać od nawiedzonych wariatów, katoli, itd.

Zostałem też uwolniony od pornografii, od chęci posiadania rzeczy, kupowania, uwolniony od marzeń o posiadaniu czegoś materialnego. Pojawił się niesamowity głód słowa Bożego. Do dziś trudno mi przeżyć jeden dzień bez Pisma Świętego i rekolekcji, kazań wysłuchanych w internecie. Tęsknota za Jezusem. Chęć wykonywania każdej czynności z Jezusem. Nawet małej, typu – przekopanie ogródka. Przypominanie odczucia Jego miłości i tęsknota za Nim. Dar częstej spowiedzi. Częsta spowiedź zapobiega zatwardziałości serca. Widać swoje grzechy. Przed nawróceniem nie byłem u prawdziwej spowiedzi jakieś 30 lat i uważałem, że ja nie mam grzechów, najwyżej drobne wady, ale inni mają gorsze. Pojawiło się wyczulenie na złe utwory muzyczne, teledyski, piosenki zawierające teksty okultystyczne, bluźniercze (mimo, że są śpiewane w niezrozumiałych dla mnie językach, to czuję, że niosą złe treści). Bardzo zaczęły mi się podobać piosenki religijne. Otrzymałem dar modlitwy. Modlitwa stała się dziękowaniem, a nie proszeniem. Bóg wie, co mi potrzeba i to otrzymam. Wystarczy tylko dziękować i Go kochać, prosić o miłosierdzie. Jeśli moja modlitwa jest prosząca, to raczej za innych niż za siebie. Kolejna łaska – to brak lęku przed śmiercią. A właściwie, to ja już do Ciebie, Panie, chcę, chcę bardzo. Oczywiście, proszę Boga, że jak zejdę z tego świata to tylko dla nieba. Poinformowałem rodzinę, aby w chwili mojej śmierci się cieszyli. Bo to powinna być radość, że ktoś po tylu latach na ziemi wreszcie wraca do domu. Domu Ojca.

Dał mi raz Pan usłyszeć słowa demona, a brzmiały one: Zniszczę cię, świnio. Jak tak o mnie myśli, to chwała Panu, gorzej jak by mnie miał za przyjaciela i kolegę. Bóg i demon, to nie ta liga. Bóg jest nieporównywalnie większy, a ja jestem Jego dzieckiem. Mam najsilniejszego Tatę na świecie i ty też.

Dał mi Pan też łaskę nie nawracania kogoś na siłę, słowem. Kiedyś starałem się na nawracać „na siłę” innych (znajomych, rodzinę), myślałem, że tak trzeba. Kazać im chodzić do kościoła, kazać nie grzeszyć itd. Lecz tak w głębi serca, chciałem, aby mnie słuchali. Było to raczej: Ja wiem, że tak będzie dla nich lepiej, jak zrobią tak, jak ja mówię. A skąd ja wiem, że właśnie w tym momencie ich nawrócenie będzie dla nich dobre? Może mają coś jeszcze przeżyć, może Pan Bóg chce ich nawrócić w innym momencie. Nie jestem Bogiem i nie wiem, kiedy dla innych przyjdzie moment łaski nawrócenia: może za sekundę, może w godzinę śmierci, może już są zbawieni?. Mogę się za innych modlić, za innych ofiarować się Bogu i swoim cichym przykładem mojego życia opowiadać moją historię, dawać świadectwo Jezusa i Jego miłości. A ilu się dzięki temu ludzi zbliży do Boga, dowiem się w niebie. Kiedyś to moja pycha chciała, abym to ja nawracał i abym to ja widział, ile to osób dzięki mnie się nawróciło. No i wtedy mógłbym powiedzieć Bogu: Widzisz, Panie, ilu to nawróciłem. Chwała mi, nie Tobie.

Kiedyś naliczyłem łask kilkanaście, a pewno było dużo więcej, o których istnieniu niedługo się przekonam. Do chwili tej spowiedzi słowo: „łaska” było dla mnie niezrozumiałe, martwe, wymyślone przez Kościół. Zresztą, łaska kojarzyła mi się negatywnie: dostać coś z łaski, zrobić komuś łaskę… To ja z łaski nic nie chciałem dostawać, chciałem na to sobie zasłużyć, zapracować. Teraz już wiem, czym jest łaska. Wiem, że jak Jezus daje, to daje to, co człowiekowi potrzeba i zawsze daje w nadmiarze. Jezus nie potrafi dawać mało!!! Dał za dużo wina, za dużo rozmnożył chleba, za dużo ryb. A przecież mógłby wyliczyć co do kromki, aby nie zostało ułomków. Tyle wina w wielkich stągwiach „po brzegi” aż się pewnie wylewało, też pewno nie wypili. Ryb mógł dać trochę mniej, aby się sieci nie rwały. Podobnie zrobił ze mną. Mógł dać tylko jedną łaskę, jedno uwolnienie, a cud Jego działania też bym zobaczył.

Przez kilka dni czułem przeogromną obecność, miłość Ducha Świętego, obecność Boga we mnie, do takiego stopnia, że po paru dniach pomyślałem. – Panie już dość, dość, stonuj miłość do mnie, nie mogę się skupić, pracować, myśleć o niczym innym, jak tylko o Tobie.Takie głupie słowa do Boga powiedziałem. Bóg, oczywiście, stonował odczucie Jego miłości do mnie w jednej sekundzie. A co dziwne, gdy to zrobił, zaraz zacząłem tęsknić do odczuwania tej miłości.

Kilka dni później wyraźny głos w myślach moich powiedział mi:

 Idź, przeproś księdza, z którego się wyśmiewałeś.

 Panie, o tym też wiesz? Zapytałem. Nie, nie pójdę. Jest mi wstyd iść do niego. Przecież on nie wie, że się z niego naśmiewałem i drwiłem. Nie było go przy tym.

 Idź, przeproś księdza. Kilkakrotnie Pan powiedział. Nie dawał mi spokoju. Głos ten słyszałem nawet w łazience. I tam właśnie znowu się zapierałem, że nie pójdę, nie chcę, nie umiem, słaby jestem, wstyd mi iść do prawie nieznajomego księdza i go przepraszać. Jezus bez słów, w myślach, w mojej głowie powiedział.

 Jakbyś wiedział, jak mi było wstyd, wisząc na krzyżu. Myślisz, że byłem ubrany? Otóż nie, byłem całkiem nagi. Wstydziłem się, ale zrobiłem to dla ciebie.

Wtedy powiedziałem: – Dobrze, jutro pójdę. Pomyślałem, tak mnie kochasz, że zrobię to dla Ciebie. Pomyślałem: czymże jest mój wstyd wobec Twojego.

Następnego dnia w pracy pojawiała się uporczywa Boża myśl: – Zadzwoń do księdza, sprawdź czy jest na parafii. Wzbraniałem się trochę, bo co ja mu powiem, jak zacznę rozmowę?

 Zadzwoń do księdza, sprawdź, czy jest na parafii. Nieustannie brzmiało w mojej głowie. Odszukałem numer w internecie. Dzwonię, nikt nie odbiera. Uff… w myślach powiedziałem.

 Sam widzisz, Jezu, chciałeś, dzwoniłem, nikt nie odbiera; zrobiłem, co chciałeś.

Jezus: – Wsiądź w auto i jedź do niego.

 Co w auto? Przecież księdza nie ma na parafii.

 Wsiądź w auto i jedź do niego.

           Z niedowierzaniem w taką upartość Jezusa sprawdziłem na mapach w internecie, jak tam trafić i ruszyłem z myślą, że szkoda paliwa na takie wycieczki, bo paliwo takie drogie. Podczas jazdy samochodem Pan powiedział.

 Pamiętasz, z jaką łatwością kupiłeś ten samochód, bez żadnych wyrzeczeń, oszczędzania.

 Tak, faktycznie jakoś łatwo przyszedł, a tani nie był – przyznałem.

 To Ja to spowodowałem, abyś właśnie w tej chwili miał czym jechać do tego księdza, zrobisz to, ten jeden kurs dla mnie, a Ja ci samochód zostawię potem do twojej dyspozycji. Teraz jedź.

Pomyślałem, że nawet nie podziękowałem Panu za to auto. Myślałem, że to ja sam sobie je kupiłem, bez Jego jakiegokolwiek udziału. Jadąc miałem myśl, zrobię, co mi Jezus mówi, ale przecież pewno i tak księdza nie zastanę i zaraz wrócę i po kłopocie. Kilkadziesiąt metrów przed domem księdza był kościół.

Jezus: – Idź do kościoła.

 Ale jak, Panie, kościół zamknięty, jest 10 rano. Podjechałem pod kościół. – Widzisz, Jezu, zamknięte, a nie mówiłem.

 Drzwi są przymknięte, ale naciśnij klamkę – powiedział.

Nacisnąłem, drzwi się otworzyły. W kościele było pusto. Zobaczyłem w głębi zsuniętego na kolana, modlącego się kapłana, do którego miałem przyjechać. Modlił się przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Uklęknąłem w ostatniej ławce z nadzieją, że ksiądz zaraz skończy się modlić i będę mógł z nim porozmawiać. Prosiłem Maryję o odwagę do rozmowy. Czytałem napis na obrazie na okrągło: Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie… Mijały minuty. Spytałem się Jezusa:

 Jak mam zacząć rozmowę?

 Powiedz prawdę, że Ja cię przysłałem.

Pomyślałem drwiąco: tak powiem na wstępie nieznajomemu księdzu, że rozmawiam z Jezusem, to na pewno mnie wysłucha. Przydałoby się jakieś zagadanie o pogodzie, o zdrowiu, potem jakieś przejście na właściwy temat itp. A za chwilę pomyślałem, że skoro kapłan modli się do Jezusa i jest z Nim w „kontakcie”, to na pewno Jezus zaraz mu powie, że tu czekam i czym prędzej zakończy modlitwę i do mnie przyjdzie, znając już całą moją historię.

Mijały kolejne dziesiątki minut.

 Panie, on tyle się modli, już prawie godzinę, nie mam tyle czasu. Chciałeś, dzwoniłem, potem przyjechałem, a teraz czekam. Pójdę już sobie, przyjadę kiedy indziej, jak będzie mniej zajęty, nie będę mu przeszkadzał, muszę wracać do pracy.

Jezus: – Czekasz już prawie godzinę? Ile Ja na Ciebie czekałem?

Zrobiło mi się głupio. – Wiem, Panie, czekałeś 38 lat. Dziękuję i przepraszam. Czekam dalej.

Po około godzinie ksiądz zakończył modlitwy. Podszedłem z uśmiechem i drżeniem do księdza.

 Chciałbym z księdzem porozmawiać.

 A w jakiej sprawie?

 Jezus mnie przysłał. Odpowiedziałem radośnie. Nastała niezręczna cisza. Ksiądz mi się bliżej przypatrzył, na buty, na nogi, ubiór. Popatrzył w oczy.

 Czy Jezus, to się okaże. – odpowiedział.

 Jezus, ja wiem, że to On. Odparłem z pewnością i trochę obruszony. Oczekiwałem, że gdy tylko ksiądz mnie ujrzy i powiem, że przychodzę z polecenia Pana Jezusa, rozłoży ręce i będzie zachwycony moją osobą, prawie jakby ujrzał Boga, i że kto to do niego nie przyszedł – gość, do którego mówi sam Jezus, i w ogóle chwała mi. Ksiądz powiedział, że skoro Jezus mnie przysłał, to on zobaczy w kalendarzu, kiedy ma wolny termin na rozmowę, a że kalendarz ma w domu więc poszliśmy razem. Dopadło mnie kolejne rozczarowanie i wyrzuty, w myślach sobie powtarzałem: Jak to? To ja przyjeżdżam, dzwonię, czekam na niego godzinę, chcę już teraz rozmawiać, pokazać swoje skrywane myśli, a on sprawdzi w kalendarzu?

Ksiądz ustalił termin spotkania na… za tydzień. Gdy przyszedł termin spotkania pojechałem już bez lęku czy niechęci. Z własnej woli. Opowiedziałem mu moją historię. A gdy chciałem go prosić o przebaczenie za obmawianie jego osoby, jeszcze nie skończyłem zdania, a on już kiwnął głową, że wybacza. Poprosił mnie, abym wstąpił do jakiejś wspólnoty, bo sam sobie ze swoimi przeżyciami mogę nie poradzić, a zły tak łatwo nie ustępuje, muszę być blisko innych katolików, księży, Kościoła. Na koniec rozmowy zaproponował, abym zabrał z jego kościoła wizytówkę strony o spotkaniach ewangelizacyjnych. W drodze powrotnej tak uczyniłem. Wizytówkę wrzuciłem do auta, choć chęci udawania się na jakiekolwiek rekolekcje wtedy nie miałem. Po kilku dniach Pan kazał zapisać się na rekolekcje. Zapisałem się, bo już wiedziałem, że i tak nie da mi spokoju (za co dziś dziękuję Bogu). Było cudownie. Adoracja, Eucharystia, spoczynek w Duchu Świętym, oczyszczający śmiech, dar języków, dziękczynienie. Kościół katolicki stał się dla mnie żywym Kościołem, w którym zawsze obecny jest Bóg z Jego darami.

Jeśli myślisz, że przez moje doświadczenia Boga przestałem grzeszyć, to się mylisz. Ale teraz w oczekiwaniu na spowiedź grzech nie może mnie zamknąć tak, abym nie mógł czynić dobra. Może grzechów jest trochę mniej, ale jak się trafią, nie odwlekam teraz spowiedzi, nie staram się patrzeć na grzechy i rozpamiętywać, pewnie będę grzeszył do końca życia. Z tą różnicą, że teraz, jak mam zgrzeszyć, widzę Jego ogromną miłość do mnie i właśnie dlatego, że mnie tak kocha, to ja nie chcę grzeszyć. Teraz mam dla Kogo nie grzeszyć. Chcę być świętym. A świętym się nie jest tylko dlatego, że się nie grzeszy, ale dlatego, że się często przystępuje do sakramentu pojednania. Oczywiście, nie jest to zachęta do grzeszenia. Ważne jest dla mnie teraz to, że kocham Jezusa. Jestem grzesznikiem, ale dla Jezusa chcę zrobić wszystko, chcę być z Nim na wieki, w niebie, On tak nas kocha… Jeśli upadnę, prędko pójdę do konfesjonału z prośbą: Ojcze, przepraszam, chcę wrócić, wybacz, chcę się poprawić.

Wiem, że jest to dopiero początek drogi. Ale drogi najpiękniejszej na świecie, bo wiem, że gdziekolwiek bym nie poszedł, cokolwiek bym nie zrobił, JEZUS zawsze będzie mnie kochał miłością bezgraniczną. Jezus daje też czasem mi poczuć, że jest ze mną. Są to chwile szczególnie radosne. Ostatnio wieczorem słuchałem kazań (aplikacja w telefonie). Rano alarm ustawiony w komórce budzi mnie do pracy. Budzę się zaspany, a tu zaskoczenie, gdy przy wyłączaniu alarmu w telefonie włączyło się kazanie i padły tylko te słowa:

 Tyś jest mój syn umiłowany. Szczęście wlało się do mojego serca i uśmiech zagościł na mojej twarzy na kolejne dni. Teraz te słowa są ze mną na co dzień. Nawet jak robię sobie śniadanie to mówię: Dzięki Ci, Panie, teraz Twój syn umiłowany będzie jadł kanapkę. Chcę być z moim Ojcem w codzienności.

Innym razem prosiłem Boga w myślach, aby nadał mi „nowe imię”, zmienił imię, które powinien nadać chłopcu jego ziemski tata, gdy chłopiec staje się mężczyzną. Mnie, niestety, nie nadał. Minęło 2-3 dni. O modlitwie zapomniałem. Niedzielny ranek. Dzwonek do drzwi. W drzwiach dwie kobiety. A jedna się pyta.

 Czy w tym domu jest ktoś, kto nie ma imienia? Poczujcie smak sytuacji. Nikt normalny, odwiedzając obcy dom, takiego pytania nigdy nie zadaje. Żona zaskoczona takim pytaniem, odpowiedziała, że nie mamy czasu, bo idziemy do kościoła. A w mojej głowie: O Boże, jesteśmy tym, jakie są nasze czynności, rozmowy, myśli, czym się zajmujemy. Kościół jest apostolski, ja idę do kościoła, ja mam na imię Christos (Chrystus) i phero (nieść). Oznacza: niosący (w sobie), wyznający Chrystusa. Ja jednak miałem imię. Boże imię. W moim imieniu jest mój Pan, a ja w nim. Tata lubi tak z zaskoczenia i niespodziewanie nas obdarowywać. Fajnie. Będę niósł Chrystusa.

Pozwolę sobie na parę rad, mój umiłowany bracie/siostro.

Nie piszę ich, bo jestem mądrzejszy od ciebie, ale po prostu, jeśli bym ja te rady wcześniej usłyszał, na pewno moja droga do Boga byłaby krótsza. Wiem, że do każdej osoby tak Jezus mówi: Tyś jest mój syn (córka) umiłowany. Aby to usłyszeć trzeba tylko i aż oddać swoje życie Jezusowi. Jeśli nie słyszysz Jezusa, Jego głosu, zachęcam, pomódl się krótko każdego dnia, ale wytrwale: Panie, chcę słyszeć Twój głos”. Jeśli nie czułeś nigdy Jego miłości, wydaje Ci się, że Jego nie ma. Pomódl się krótko: Panie, daj mi poczuć, jak mnie kochasz. Pokaż mi, proszę. Jezus tylko na to czeka, choć na jedną szczerą krótką modlitwę. Oczywiście, jeśli modlitwa nie „zadziała”, to kolejny i kolejny dzień módl się tak samo. Pan Jezus nieraz chce sprawdzić, jak bardzo chcesz.

Jeśli chodzisz do kościoła, bądź w nim naprawdę myślami i duszą, a nie tylko ciałem. Myśl tam tylko o Bogu, nie o sobie. Ja też myślałem kiedyś o sobie: czego potrzebuję, co mi Bóg mógłby dać, a jeśli nie dał, ponawiałem modlitwy na następnej Mszy. Ja byłem najważniejszy, nie Bóg. Nieraz kościół jest pełen ludzi, a dla Boga (ze słowami w sercu:bądź wola Twoja) przyszło może tak naprawdę 5, 6 osób. Dużo osób przychodzi raczej z:bądź wola moja, czyli zrób to, co ja chcę, jestem tu po to, abyś spełnił moje prośby.

Komunia daje życie wieczne w niebie, wszyscy to wiemy. Dlaczego nie chodzisz co niedziela do Komunii? Hmm… Może to być twoja ostatnia niedziela. Nawet nie wiesz, ile dusz czyśćcowych, chciałoby przyjść na tę jedną sekundę na ziemię. Jeśli będziesz pamiętał o tych duszach, przyjmij czasem za nie tę Komunię. Radość ich i pomoc w modlitwach do Boga będzie przeogromna. Nie traktujmy Boga w naszych modlitwach jak supermarketu, darmowego sklepu, daj mi to, daj mi tamto; nie przekonujmy Boga, że opłaca Mu się coś nam dać. Nie traktujmy Boga jako kogoś trochę mądrzejszego od nas, kogoś komu trzebawyklarować nasze prośby. Zanim o coś poprosisz, będziesz narzekał na swój los, popatrz na krzyż. Popatrz, jak cierpiał, jak umierał Bóg. Często wycofasz się ze swojego narzekania. Jeśli Bóg jest Twoim Bogiem, zaufaj Mu do końca i oddaj Jemu swoje życie. Skocz z góry w nieznaną przepaść bez zabezpieczających lin i nie myśl, co będzie, że może Go tam nie ma, a on cię złapie i poprowadzi do siebie. Jeśli myślisz, że się dla Boga nie nadajesz, to właśnie się nadajesz bardzo. Jeśli masz podjąć jakąś decyzję, a nie wiesz, którą drogę wybrać, nie rozmyślaj, nie analizuj, poproś Ducha Świętego o odpowiedź, a On Cię poprowadzi. Często nie wiemy, o co i jak się modlić. Jeśli nie czujesz łaski modlenia się w Duchu Świętym językami (wtedy modlisz się w dziwnym nieznanym Tobie języku, nie rozumiesz słów i sensu modlitwy), poproś Maryję, aby pomodliła się przed Bożym tronem za Ciebie. Ona wie, czego Ci potrzeba i o co ma się modlić. Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku (Księga przysłów 3, 5).

Pamiętajmy, że Jezus jest nie tylko w niebie, ale i tu i teraz przy Tobie. Poszedł do nieba, ale i jest tu. Choć ta sytuacja jest trudna dla mnie do rozumnego wyjaśnienia, dlatego nie wyjaśniam jej, tylko przyjmuje, że tak jest, bo jest. Zastanów się czasem, że BÓG też JEST CZŁOWIEKIEM. Zmartwychwstałym, uwielbionym Bogiem, ale też Człowiekiem. Stał się człowiekiem i nigdy nim nie przestał być.

Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!” (5, 20). W każdym położeniu dziękujcie Bogu (1 Tes 5, 18). Za wszystko zawsze dziękujcie Bogu. Czy dziękujesz też za to, co po ludzku wydaje się tobie niechciane w twoim życiu?

Pamiętaj, nie świętość nas przyprowadza do Kościoła, ale grzeszność, nasza bieda. Często można usłyszeć: Jesteś taki święty, bo chodzisz do kościo