Cuda za przyczyną Ojca świętego Jana Pawła II

 

Wojtyła, Wojtyła... Pomóż mi.


"Cuda czyni Bóg, nie ja. Ja się tylko modlę"

"Cuda czyni Bóg, nie ja. Ja się tylko modlę", twierdził lekko poirytowany papież Jan Paweł II, gdy jeszcze za życia ludzie przypisywali mu dziesiątki cudownych uzdrowień. Jednak ci, którym pomógł, wiedzą swoje... Że bez jego wsparcia być może dawno nie byłoby ich wśród żywych. To jego słowa, jego błogosławieństwo sprawiło cud - ten motyw powtarza się w licznych relacjach.

 

Z opisów współpracowników wiadomo, że polski papież całymi godzinami modlił się za potrzebujących. W jego prywatnej kaplicy od lat stał specjalny klęcznik wyposażony w szufladę, do której sekretarze wkładali nadchodzące z całego świata prośby o modlitwę. Modlitwa za chorych i cierpiących była jednym z najważniejszych punktów jego papieskiej misji. Mówił o tym podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, w czerwcu 1979 roku.

Według prawa kościelnego zmienionego na kilka lat przed śmiercią przez samego Jana Pawła II, do uznania kogoś za beatyfikowanego potrzebny jest jeden cud. Dwa potwierdzone cuda dają przepustkę do kanonizacji.

Lawina informacji o cudach Karola Wojtyły przetoczyła się przez świat zaraz po jego śmierci. Najwięcej było doniesień o cudownych ozdrowieniach z nieuleczalnych chorób. Ale zdarzały się też spełnione prośby o nawrócenie czy potomstwo. Te wszystkie cuda poddane zostały później bardzo drobiazgowej kontroli. Na razie oficjalnie potwierdzono jedynie przypadek siostry Marie Simon-Pierre. Co nie oznacza, że był jedyny. Po prostu watykańska machina weryfikacyjna jest bardzo drobiazgowa, a przez to wolna. Zanim padnie orzeczenie, latami sprawdza się najróżniejsze aspekty zdarzenia. Tak czy inaczej można się spodziewać, że wiadomość o dwóch kolejnych cudach potrzebnych do kanonizacji usłyszymy wcześniej niż po kolejnych pięciu latach.


Zdaniem wielu kronikarzy Jan Paweł II dokonywał cudów już na początku pontyfikatu.
Viva; wydanie specjalne; Błogosławiony Jan Paweł II; tekst Maciej Wesołowski.

Pierwszy cud Jana Pawła II

Nauczyłam się być bardziej pokorna i bardziej służyć Bogu, ponieważ żyję z Nim w bliskości. Ten przywilej chciałoby mieć wielu, a jednak nie wszystkim dana jest ta łaska. Pragnę powiedzieć ludziom: Bóg istnieje, Bóg jest, nie ma śmierci. Dlatego nie lękajcie się. Nie ma się czego bać. Właśnie tego nauczyłam się przez moje doświadczenia.

14 marca 2006 r. w Redakcji Tygodnika Katolickiego "Niedziela" gościła Kay Kelly, Angielka z Liverpoolu. Dokładnie 27 lat temu doznała ona cudu za pośrednictwem Jana Pawła II. Nowotwór, na który cierpiała, zniknął bez śladu. Z Kay Kelly rozmawiała Jolanta Pałasz.


- Proszę nam opowiedzieć o swoim życiu...

- Wychowałam się w rodzinie wielodzietnej. Moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci. Wyszłam za mąż w wieku 18 lat. Zanim osiągnęłam wiek 21 lat, miałam czworo dzieci. Zawsze byłam rzeczniczką potrzebujących i osobą ich wspierającą. Jestem wrażliwa na krzywdę ludzką. Jeżeli komuś przydarza się coś złego, starałam się zaangażować i pomóc.


- Czy była Pani człowiekiem silnej wiary? Jak zmieniło się Pani życie od chwili, gdy dowiedziała się Pani, że jest poważnie chora?

- Moja wiara była mocna od dnia urodzenia. Zawsze żyłam z Bogiem. Kiedy zachorowałam, przeszłam operację. Guz był jednak zbyt rozległy i lekarze nie mogli go wyciąć. Skierowali mnie więc do szpitala onkologicznego Clatterbridge w Liverpoolu. Tamtejsi lekarze dali mi niewiele nadziei. Miałam kilka radioterapii, ale to nie pomogło. Wtedy zdecydowali, że spróbują zastosować chemioterapię. Zapytałam ich, ile życia mi jeszcze pozostało. Odpowiedzieli, że 12 miesięcy - jeżeli chemioterapia się powiedzie. I to leczenie jednak nie pomagało, ale zabijało mnie jeszcze bardziej niż rak. Wtedy podziękowałam im za wszystko, co dotychczas dla mnie zrobili, i powiedziałam, że to, co ze mną będzie dalej, zależy już od Boga, a nie od nich. I starając się czymś zająć, zabrałam się do zbierania pieniędzy na laboratoria badawcze szukające leku na raka.


- Czy zbieranie pieniędzy i wspieranie innych okazało się pomocne również dla Pani?

- Pieniądze miały w tym wszystkim znaczenie drugorzędne, ale spotkania z ludźmi, wyjście do nich było niezwykle pomocne. Zaprzyjaźniłam się wtedy z wieloma osobami. Właściwie nie robiliśmy nic innego, jak tylko się wzajemnie wspieraliśmy, walczyliśmy razem we wspólnej sprawie. To było wspaniałe. Połączyło ze sobą ludzi różnych ras i religii - rak bowiem nie dotyka ludzi tylko jednej kategorii, ale może dotknąć każdego z nas, więc jakby jednoczy wszystkich chorych. Byłam szczęśliwa, że ludzie w swych działaniach przybliżali się do siebie.


- Był to czas, gdy papieżem został wybrany Karol Wojtyła. Czy od początku czuła Pani, że będzie to ktoś bardzo ważny i wyjątkowy w Pani życiu?

- Byłam w szpitalu, kiedy wybrano Ojca Świętego Jana Pawła II. Zobaczyłam go w telewizji. Już wtedy wiedziałam, że on w jakiś sposób wejdzie w moje życie. Nie wiedziałam tylko, jak mogłoby się to stać, ponieważ nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że mogłabym go odwiedzić. Ale wiedziałam, że on stanie się częścią mojego życia.


- A jednak już wkrótce była Pani na audiencji u Jana Pawła II. Jak do tego doszło?

- Stało się to możliwe dzięki Matce Bożej. Myślę, że zostałam wybrana dlatego, że byłam kimś bardzo zwyczajnym. Zajmowałam się domem. Nasza Matka Boża chciała, aby ludzie wiedzieli, że ten Papież był wyjątkowy, ponieważ był dostępny dla wszystkich, był Papieżem ludu. Chciał jakby objąć każdego, każdą zwykłą osobę, bo znał ludzkie cierpienia, doświadczył ich osobiście. I to właśnie dlatego, tak myślę, zostałam wybrana, aby głosić i przekonywać ludzi, że nie powinni lękać się spotkania z nim.


- Spotkanie z Janem Pawłem II miało nieco inny przebieg niż Pani oczekiwała...

- Gdy ustalono termin audiencji u Ojca Świętego, byłam przekonana, że będę jedną z wielu osób w niej uczestniczących. Jednak zostałam podprowadzona bardzo blisko i kiedy Ojciec Święty zszedł, skierował się prosto do mnie. Ksiądz, który był ze mną, przedstawił mnie. Ojciec Święty powiedział: "O Liverpool! Pani Kelly. Znam Panią". Trochę się przestraszyłam, pomyślałam, że może zna też moje grzechy, ale to nie było tak. Abp Derek Worlock był przyjacielem Ojca Świętego i opowiedział Papieżowi o mnie.


- Gdy nowotwór zniknął bez śladu, znalazła się Pani w centrum zainteresowania mediów.

- Myślę, że dziennikarze oczekiwali, że powiem im coś sensacyjnego na temat mojego uzdrowienia. Gdy wróciłam, wezwał mnie nasz arcybiskup i ostrzegł, że powinnam być bardzo ostrożna, bo prasa pragnie sensacji. Powiedziałam mu, żeby się nie martwił, bo nie poddam się manipulacjom medialnym.


- Czy spotkanie z Ojcem Świętym i cudowne uzdrowienie z choroby nowotworowej zmieniło Pani życie?

- Moje życie nigdy się nie zmieniło, zawsze byłam tym, kim jestem teraz, i nigdy nie będę inna. Ale spotkanie z Ojcem Świętym odcisnęło swój ślad, naznaczyło Bogiem wszystko, co staram się robić. Dało mi więcej sił. To wydarzenie rozniosło się po całym świecie, mój uścisk z Papieżem zobaczył cały świat. Przybywali do mnie dziennikarze z Ameryki i z różnych odległych stron, pytając o spotkanie z Janem Pawłem II. I myślę, że to było wspaniałe, jako moje świadectwo o Bogu.


- Czego nauczyły Panią te doświadczenia?

- Nauczyłam się być bardziej pokorna i bardziej służyć Bogu, ponieważ żyję z Nim w bliskości. Ten przywilej chciałoby mieć wielu, a jednak nie wszystkim dana jest ta łaska. Pragnę powiedzieć ludziom: Bóg istnieje, Bóg jest, nie ma śmierci. Dlatego nie lękajcie się. Nie ma się czego bać. Właśnie tego nauczyłam się przez moje doświadczenia.


- Jak Pani przeżywała odejście Jana Pawła II - osoby Pani szczególnie bliskiej?

- Kiedy Ojciec Święty umierał, było mi bardzo smutno. Lecz chociaż smuciło mnie, że odchodzi, wiedziałam, że jednocześnie daje świadectwo swego sprzeciwu wobec eutanazji. Obecnie w naszym kraju (Wielka Brytania, przyp. red.) czyni się wiele starań, by ją zalegalizować. Papież był dla wszystkich przykładem, że to Bóg jest jedynym, który wie, kiedy ktoś powinien odejść. I mogliśmy zobaczyć go cierpiącego, ale on to akceptował i radował się, że może pełnić Bożą wolę.


- Czy była Pani w Rzymie, aby przy grobie Ojca Świętego Jana Pawła II jeszcze raz podziękować mu za cud uzdrowienia?

- Nie byłam. Papież, kiedy został zapytany, czy to on mnie uzdrowił, odpowiedział: "Nie, to wiara ją uzdrowiła". Kiedy ludzie pytali mnie, jak wspaniałe było moje spotkanie z Papieżem, powiedziałam, że owszem było szczególne, wyjątkowe, ale ja otrzymuję Chrystusa każdego dnia. Bóg pod postacią Komunii św. żyje we mnie każdego dnia. I Papież zgodził się ze mną, że ten dar jest dla wszystkich. Nie pojechałam więc do Rzymu, żeby podziękować Papieżowi, ponieważ on wiedział, że dziękowałam Osobie, która sprawiła cud - Jezusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie.


- Cudowne uzdrowienie, jakiego Pani doznała, zostało uznane za pierwszy cud za wstawiennictwem Jana Pawła II. Pan Bóg pozostawił Panią jeszcze tu, na ziemi. Czy czuje Pani, że ma jakąś misję do spełnienia?

- Bóg mnie pozostawił. Po tym, jak wróciłam z Rzymu z audiencji, wysłałam dwoje ludzi, aby zobaczyli się z Papieżem. Oni też byli chorzy. Kiedy wrócili, umarli i ludzie mówili: ty doświadczyłaś cudu, ale oni nie. Powiedziałam wtedy, że oni również otrzymali dar, otrzymali nawet więcej, ponieważ poszli od razu do Boga, a ja wciąż jestem tutaj. Bóg mnie pozostawił, jakby chciał, abym jeszcze tu, na ziemi, robiła to, co robię. Jestem swego rodzaju głosem i nie pozwolę mówić nic złego o mojej religii. Będę świadczyć dumnie o mojej wierze; o tym, że Bóg istnieje, że jest obecny w Najświętszym Sakramencie. Mówię o tym głośno. I może właśnie dlatego Bóg mnie zostawił, że dużo krzyczę (śmiech).


- Jaki jest cel Pani wizyty w Polsce?

- Polska jest znana z dużej liczby księży. W Anglii mamy teraz trudne czasy, ciągle zamykane są kościoły - jeden po drugim. Boję się, że nikt nie zrobi nic, aby tę sytuację zmienić. Obawiam się, że moje dzieci i wnuki nie będą mogły otrzymywać sakramentu Eucharystii. Potrzebujemy księży i dlatego zwracam się do Polaków - tak jak zwracałam się do Papieża. On powiedział: "Idź, moi ludzie ci pomogą". I jestem pewna, że Wasi Księża Biskupi wypowiedzą się w tej sprawie i być może zatrzymają to, co się dzieje w Liverpoolu, w Anglii. Ten proces musi być zatrzymany! Nasze kościoły powinny być otwarte, musimy podtrzymać ich działalność. Wszyscy powinniśmy móc otrzymywać sakrament Eucharystii. Teraz mówi się, że Najświętszy Sakrament można otrzymać w supermarkecie. Stanowczo sprzeciwiam się temu. To jest Świętość, to jest Bóg. Powinniśmy przyjmować Najświętszy Sakrament w świątyni, w miejscu do tego przeznaczonym.


Z Kay Kelly rozmawiała Jolanta Pałasz.
http://beatyfikacjajpii.niedziela.pl

Z panią Kay Kelly o jej drodze życiowej i intencjach, z jakimi przybyła do Polski, rozmawiał też tego samego dnia ks. inf. Ireneusz Skubiś.
- Czy to Pani pierwsza wizyta w Polsce?

- Tak, jestem tu pierwszy raz.

- Należy Pani do osób, które uważa się za uzdrowione przez Jana Pawła II...

- Wszystkie te osoby uzdrowił Pan Bóg - przez Papieża.

- To bardzo ważne dopowiedzenie. Widać, że jest Pani osobą głęboko wierzącą...

- Oczywiście. Nie mogłabym żyć bez Boga. Moja wiara to moje życie od momentu, kiedy się urodziłam.

- Jest Pani wyznania katolickiego...

- Tak.

- Mieszka Pani w Liverpoolu. Czy jest tam wielu katolików?

- Tak. Jest ich wielu, ale niestety niewielu z nich jest praktykujących.

- Czytałem, że w okresie, gdy dowiedziała się Pani, że jest chora na raka, podjęła Pani dużą pracę charytatywną.

- Tak. Zebrałam ponad milion funtów dla szpitala, w którym byłam leczona. Później jeszcze więcej - z przeróżnych źródeł.

- Podczas Pani pierwszego spotkania na audiencji z Papieżem Ojciec Święty już o Pani słyszał, czy tak?

- Tak, kiedy nas sobie przedstawiono, powiedział: "O, Liverpool. Pani Kelly, znam Panią".


- Czy mogłaby Pani przypomnieć nam tę audiencję? Dzisiaj przypada dokładnie 27. rocznica Pani spotkania z Janem Pawłem II w Rzymie. Jak doszło do tego spotkania?

- Byłam w kościele i modliłam się po niedzielnej Mszy św. do Najświętszej Maryi Panny. Powiedziała mi, że wkrótce spotkam się z Papieżem. Później widziałam się z moim księdzem proboszczem i powiedziałam mu, że wkrótce spotkam się z Ojcem Świętym. Zapytał: kiedy? Odpowiedziałam, że nie wiem, że nie dostałam jeszcze zaproszenia. Musiał chyba pomyśleć, że oszalałam. Kiedy wróciłam do domu, zadzwonił telefon z katolickiej organizacji charytatywnej Rycerze Kolumba. Powiedziano mi, że w środę zobaczę się z Papieżem. Oznajmiłam, że już o tym wiem. Moi rozmówcy byli zdumieni, gdyż sami właśnie się o tym dowiedzieli. Powiedziałam, że Matka Boża przekazała mi tę informację dziś rano.

Wydaje mi się, że zostałam wybrana dlatego, że jestem zwykłą kobietą. Matka Boża chciała, żeby cały świat się dowiedział, że Jej Papież był wyjątkowym człowiekiem także dla zwykłych ludzi, nie tylko dla sławnych, dla gwiazd, że był Ojcem ludu. A nie było nikogo bardziej zwyczajnego niż pewna żona z Liverpoolu.


- Z kim pojechała Pani wtedy do Rzymu?

- Pojechałam z moim synem, on też był chory na raka. Miał guz na szyi. Ale kiedy wrócił do domu, okazało się, że, tak jak u mnie, rak zniknął.

- Jaka była Pani reakcja po tym wydarzeniu, jak dziękowała Pani Bogu?

- Kiedy wróciłam, pojechałam do swojego lekarza na badania. Powiedziano mi, że w moim ciele nie ma już żadnych komórek rakowych. Wtedy we wszystkich gazetach zaczęły ukazywać się artykuły o cudzie. A kiedy ludzie pytali Papieża, czy to on mnie uleczył, odpowiedział: "Nie, to jej wiara ją uzdrowiła". Więc to jest kolejna niesamowita sprawa. Bóg działa przez człowieka, nie można ich rozdzielić. Od tamtego dnia staram się służyć Bogu jak tylko mogę, ponieważ tyle Mu zawdzięczam.


- A co na to lekarze?

- Lekarze uważali, że to oni tego dokonali, że to oni mnie wyleczyli. Nie wierzą w cuda.

- Ale to stało się nagle...

- Tak, ale oni nie wierzą w to, co się stało. Uwierzą, kiedy spotkają się z Bogiem osobiście.

- A jak zareagowało Pani środowisko - rodzina, znajomi?

- Wszyscy członkowie rodziny, przyjaciele byli bardzo szczęśliwi. Lecz niektórzy ludzie spośród tych, którzy wcześniej ofiarowali mi swoje pieniądze, domagali się ich z powrotem, ponieważ uważali, że oszukałam ich, mówiąc, że jestem chora na raka.


- Jak Pani żyła potem, czy ten cud wpłynął na Pani pracę charytatywną, dobroczynną?

- Nigdy nie przestałam działać w organizacjach charytatywnych. Cały czas jestem z ludźmi i daję świadectwo swojej wierze.


- Czy to świadectwo pomaga Pani w działalności na rzecz ludzi?

- Tak, lecz ludziom się wydaje, że ja też mogę czynić cuda, a to nieprawda.


- Ludzie chorzy w trudnej sytuacji często tracą nadzieję. Czy Pani umie w ludziach budzić nadzieję?

- Tak. To, co im mówię, wywodzi się z mojego własnego doświadczenia. Patrzę na swoją chorobę jako na przywilej i mówię im, że jeśli Chrystus mógł za nas cierpieć na krzyżu tak bardzo, to my też możemy choć trochę.


- Towarzyszy Pani życiu głęboka wiara w Boga.

- Nie mogłabym żyć bez Boga. Chodzę do kościoła codziennie, ponieważ potrzebuję siły, której udziela sakrament Eucharystii.


- A jak wygląda Pani współpraca z księżmi w Liverpoolu?

- Z księżmi współpracuje się dobrze, ale martwi mnie to, co dzieje się teraz z naszymi kościołami, które są masowo zamykane.


- Przybyła Pani, by prosić Kościół w Polsce, polskich księży, by zechcieli pomóc Wam w duszpasterstwie.

- Tak. W ciągu ostatnich 12 miesięcy 13 kościołów w Liverpoolu zostało zburzonych lub zamkniętych. Są kościoły, w których nie ma w ogóle niedzielnej Mszy św. To bardzo smutne. Dlatego przyjechałam do Polski prosić o pomoc, żeby utrzymać w Liverpoolu wiarę w Boga.


- Proszę zatem o skierowanie teraz bezpośrednio do polskich księży kilku słów w tej sprawie.

- Chciałabym zwrócić się do polskiego Duchowieństwa, zwłaszcza do Księży Biskupów, w których rękach są stosowne decyzje, żeby spojrzeli w swoje serca, żeby przypomnieli sobie człowieka, który zostawił po sobie takie dziedzictwo duchowe - Jana Pawła II. Spójrzcie na Tego, który tak adorował Najświętszy Sakrament, który ustanowił Rok Eucharystii. Czy musi być tak, że moje wnuki, że przyszłe pokolenia, nie będą znały tego sakramentu? Błagam Was, weźcie moją prośbę do swych serc, by zrobić coś dla ludzi w Liverpoolu.


- Myślę, że to wołanie dotrze do naszych serc.
- Dziękuję Bogu i Matce Bożej - i Tobie, Ojcze Święty, który powiedziałeś mi, żeby przyjechać do Polski.
- Dziękuję za rozmowę.
Z panią Kay Kelly rozmawiał ks. inf. Ireneusz Skubiś.

Uznany cud Jana Pawła II - S. Marie Simon-Pierre

"W dniu, w którym umarł Ojciec Święty, zawalił się cały mój świat. Straciłam przyjaciela, kogoś, kto mnie rozumiał, dodawał sił, by iść naprzód. Czułam wielką pustkę, ale też cały czas miałam pewność, że on jest gdzieś obok" - opowiadała siostra Marie Simon-Pierre ze Zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego.

 

W dniu śmierci papieża miała 49 lat, od czterech była chora. Dokładnie dwa miesiące później, 2 czerwca 2005 roku, Marie prosi siostrę przełożoną o zwolnienie jej z wszystkich obowiązków. Czuje się źle, coraz trudniej znosi chorobę. Lewa strona jej ciała jest w dużej części bezwładna, z tego powodu nie potrafi już utrzymać w ręce szklanki ani prowadzić samochodu. Ten stan z dnia na dzień się pogłębia. Siostra przełożona prosi ją o cierpliwość. "Papież nie powiedział jeszcze ostatniego słowa", zapewnia. Siostry zakonne od kilkunastu dni modlą się do Jana Pawła II, prosząc o wsparcie chorej koleżanki.

 

"Napisz jego imię", prosi przełożona. Marie Simon-Pierre jest leworęczna. Drżącą dłonią z trudem kreśli niewyraźne litery. Kilka godzin później, już w swoim pokoju, Marie powoli kładzie się spać. Gdzieś w głębi słyszy głos: "Weź pióro i pisz". Tym razem lewa dłoń całkiem szybko i sprawnie kreśli imię Jana Pawła II. Patrzy na to w osłupieniu. Ale początkowo bagatelizuje. Zaraz potem zasypia. Budzi się przed świtem. Z łóżka wstaje zgrabnie, z lekkością. Nie czuje bólu ani odrętwienia. Bezwład ciała kompletnie zniknął. O szóstej rano, podczas pierwszej mszy, siostry zakonne nie mają wątpliwości. Dokonał się cud. W południe zakonnica odstawiła wszystkie lekarstwa. Kilka dni później przypuszczenia potwierdził neurolog. Badanie trwa długo, w końcu lekarz oświadcza: "Siostra Marie wyzdrowiała, ale nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść. Z medycznego punktu widzenia to kompletnie niewytłumaczalne".

 

Sama Marie Simon-Pierre Normand uśmiecha się nieśmiało, gdy dziennikarze pytają ją o cud. "Moje uzdrowienie było jak nowe narodziny. To, co Pan dał mi przeżyć dzięki wstawiennictwu Jana Pawła II, jest wielką tajemnicą trudną do wyjaśnienia, gdyż jest tak wielka, tak silna. Ale dla Boga nie ma nic niemożliwego" - mówi. A potem cytuje słowa Biblii: "Jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą".


Tekst. Maciej Wesołowski. Viwa, wydanie specjalne nr3/11; Błogosławiony Jan Paweł II.

Więcej na ten temat można przeczytać w artykule z Niedzieli umieszczonym poniżej.

Byłam chora i zostałam uzdrowiona

Przełożona poprosiła, abym napisała na kartce imię Jana Pawła II. Było to zbyt trudne, ręka drżała i od dawna pisałam z trudnością, starając się nigdy nie pisać przy świadkach. Przełożona jednak nalegała. Ustąpiłam, ale imię papieskie, napisane z wielkim trudem, było zupełnie nieczytelne.

 

Francuska telewizja katolicka KTO wyemitowała 14 stycznia 2011 r. wywiad z siostrą zakonną Marie Simon-Pierre, która została uzdrowiona za wstawiennictwem Ojca Świętego Jana Pawła II z choroby Parkinsona. Uzdrowienie nastąpiło w sposób nagły w nocy z 2 na 3 czerwca 2005 r. i definitywny - do tej pory nie stwierdzono nawrotu najmniejszego nawet objawu choroby. Przypadek Siostry najpierw wnikliwie badała komisja diecezjalna, później grono lekarzy i ekspertów, specjalistów od choroby Parkinsona, którzy mieli do dyspozycji nie tylko dossier medyczne, ale również zeznania 15 świadków znających Siostrę i jej stan zdrowia przed uzdrowieniem. Nauka uznała uzdrowienie Siostry za niewytłumaczalne z punktu widzenia medycznego, a komisja teologów potwierdziła, że istnieje związek między uzdrowieniem a modlitwami zanoszonymi w tej intencji do Ojca Świętego. Siostra nie mówi o sobie "cudownie uzdrowiona", bo taką opinię wydać może oficjalnie Kościół, stwierdza po prostu: "Byłam chora i zostałam uzdrowiona".


A oto kilka wypowiedzi s. Marie Simon-Pierre na temat jej dzieciństwa, powołania, życia we wspólnocie małych sióstr oraz samego uzdrowienia.

- Proszę powiedzieć nam kilka słów o swojej rodzinie.

- Jestem najstarsza z pięciorga rodzeństwa. Urodziłam się w praktykującej katolickiej rodzinie na północy Francji, w okolicach Cambrai. Podobnie jak rodzeństwo, przyszłam na świat w katolickim szpitalu położniczym, prowadzonym przez Małe Siostry Macierzyństwa Katolickiego w Cambrai.


- Kiedy odczuła Siostra powołanie do życia zakonnego?

- Gdy urodziła się moja najmłodsza siostra, miałam dziewięć lat i bardzo dobrze pamiętam, jak przyciągał mnie pogodny uśmiech sióstr pracujących przy noworodkach. Zastanawiałam się, co jest źródłem ich radości. Gdy zrozumiałam, że ta radość wynika z obecności Pana Jezusa, postanowiłam, że oddam życie Bogu. (...) Później były lata szkolne, szkoła podstawowa i średnia, oraz wybór zawodu związanego z opieką nad noworodkami. Gdy trzeba było wybrać miejsce praktyki, zdecydowałam się na szpital małych sióstr, aby zobaczyć z bliska, jak one żyją. Po ukończeniu szkoły starałam się o pracę w tym samym szpitalu, aby utwierdzić się w moim powołaniu, żyjąc i pracując wśród sióstr. Wiele się modliłam, często towarzyszyłam chorym w pielgrzymkach do Lourdes, a w 1981 r. postanowiłam wstąpić do Zgromadzenia Małych Sióstr Macierzyństwa Katolickiego.


- Dlaczego wybór tego zgromadzenia, jaki jest jego charyzmat?

- Charyzmatem naszego zgromadzenia jest służba rodzinie i przychodzącemu na świat dziecku. Jan Paweł II wielokrotnie apelował o otwarcie się na życie i otoczenie opieką bezbronnego dziecka. Takie jest nasze powołanie. Mamy kilka domów i szpitali położniczych we Francji oraz dom misyjny w stolicy Senegalu - Dakarze.


- Gdy zdiagnozowano u Siostry chorobę Parkinsona, z bólem patrzyła Siostra na Jana Pawła II w telewizji, podziwiając jednocześnie jego odwagę i moc, które dodawały mu sił w codziennym znoszeniu choroby. Co Siostra wtedy czuła?

- Bardzo trudny był ostatni rok życia Papieża, myślałam również o ciągle postępujących objawach mojej choroby. Jan Paweł II był mi zawsze bardzo bliski, był jak najlepszy przyjaciel. W łączności ze wszystkimi czuwającymi na Placu św. Piotra modliłam się podczas umierania Papieża, a jego śmierć odczułam jako stratę kogoś najbliższego. Nasiliły się bardzo objawy choroby, byłam wyczerpana i ogólny stan zdrowia bardzo się pogorszył. Choroba postępowała. Wszystkie małe siostry we Francji i w Senegalu na prośbę przełożonej zaczęły odmawiać nowennę za wstawiennictwem Ojca Świętego Jana Pawła II. Ja również towarzyszyłam im w modlitwie. W połowie maja 2005 r. przypomniały mi się słowa Pisma Świętego: "Jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą" (J 11, 40) i pomyślałam, że wiara wszystko może, że wszystko jest możliwe.


- 2 czerwca 2005 r. to bardzo ważny dzień. Co wtedy się wydarzyło?

- W nocy z 2 na 3 czerwca 2005 r. zostałam uzdrowiona. 2 czerwca rano byłam zupełnie wyczerpana i poprosiłam przełożoną - matkę Marie Thomas o zwolnienie mnie z pracy w szpitalu, gdzie odpowiadałam za 46-łóżkowy oddział położniczy. Usłyszałam w odpowiedzi: "Wytrzymaj! W sierpniu pojedziesz do Lourdes, a i Jan Paweł II nie powiedział jeszcze ostatniego słowa".

Długo rozmawiałyśmy i stopniowo ogarniało mnie uczucie spokoju i wyciszenia. Przełożona poprosiła, abym napisała na kartce imię Jana Pawła II. Było to zbyt trudne, ręka drżała i od dawna pisałam z trudnością, starając się nigdy nie pisać przy świadkach. Przełożona jednak nalegała. Ustąpiłam, ale imię papieskie, napisane z wielkim trudem, było zupełnie nieczytelne.

Gdy wyszłam z pokoju, było mi lekko i radośnie, poszłam na oddział, gdzie pracowałam. Wieczorem, jak zwykle, była wspólna modlitwa z siostrami w kaplicy i posiłek. Gdy wróciłam do pokoju, poczułam nagle potrzebę pisania. Napisałam kilka słów i ku mojemu zaskoczeniu pismo było wyraźne i czytelne. Położyłam się spać, a mój sen był zupełnie inny niż zwykle. Zniknęło napięcie i ból mięśni, pojawiło się dawno nieodczuwane uczucie odprężenia.

Obudziłam się o 4.30 rano, godzinę przed pobudką, byłam radosna i odczuwałam potrzebę modlitwy. Zeszłam do kaplicy, gdzie modliłam się przed Najświętszym Sakramentem, odmawiając Różaniec i rozważając tajemnice światła. Później była wspólna modlitwa i Msza św. Miałam już pewność, że zostałam uzdrowiona, poczułam przypływ sił fizycznych i ogromną ochotę do pracy.

Na oddziale brakowało tego dnia personelu, ale ja czułam się tak dobrze, że mogłam sprostać pracom, jakie wykonywałam przed chorobą. W południe odstawiłam wszystkie lekarstwa, a wczesnym popołudniem powiadomiłam przełożoną Marie Thomas, że zostałam uzdrowiona za wstawiennictwem Jana Pawła II.



- Co działo się później, przez dwa lata, zanim świat dowiedział się o tym uzdrowieniu?

- 7 czerwca 2005 r. miałam wizytę kontrolną u neurologa. Lekarz, jak zwykle, uważnie mi się przyglądał, obserwował jak chodzę i siadam, a następnie zapytał, czy zwiększyłam może dawkę przyjmowanego leku. Odpowiedziałam, że od 3 czerwca nie biorę żadnych leków. Neurolog przeprowadził rutynowe badania i nie stwierdził u mnie żadnego objawu choroby Parkinsona. Po wizycie u lekarza matka przełożona powiadomiła o moim uzdrowieniu wszystkie małe siostry, prosząc jednocześnie o zachowanie tajemnicy.

19 czerwca spotkałam się z rodziną. Rodzice, wiedząc o postępach choroby, spodziewali się ujrzeć mnie na wózku inwalidzkim. Powiedziałam wszystkim o uzdrowieniu za wstawiennictwem Jana Pawła II. Była wielka radość i ogromne wzruszenie.


- Odzyskała Siostra radość i uśmiech, a jak zmieniło się życie po cudownym uzdrowieniu?

- Odbieram teraz życie zupełnie inaczej. W momencie narodzin fizycznie przychodzimy na świat, a ja przeżyłam odrodzenie duchowe i fizyczne. Uczestniczę we wszystkich pracach, jakie stawia przede mną codzienne życie, np. w pracach fizycznych, przeprowadzce, pakowaniu i rozpakowywaniu kartonów. Jestem szczęśliwa, że mogę na nowo służyć rodzinom, towarzyszyć rodzącemu się życiu. Jestem z tymi, którzy radują się, przyjmując nowe życie, jestem z rodzinami, które przyjmują dziecko upośledzone.

Codziennie uświadamiam sobie radość z każdej wykonanej czynności. To ciagły akt dziękczynienia. Zupełnie inaczej odbieram słowa Pisma Świętego o uzdrowieniu chorych, za każdym razem towarzyszy mi silne przeżycie wewnętrzne i wzruszenie. Bardzo ważna jest w moim życiu Eucharystia, adoracja i modlitwa różańcowa. Razem z siostrami modlimy się codziennie za chorych.


- Ofiarowała Siostra już raz swoje życie Panu Bogu, a tutaj taki wspaniały dar uzdrowienia - to jednocześnie dar i obowiązek. Jak Siostra to przeżywa?

- Jestem bardziej otwarta na towarzyszenie rodzinom i chorym, dobrze rozumiem, co odczuwa chory. Potrafię wczuć się w sytuację i współczuć oraz z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że na końcu tunelu jest światło nadziei. Nie wiemy tylko, kiedy do niego dojdziemy, czasami może to trwać długo, ale zawsze trzeba mieć nadzieję.